Anonymous Kolaveri, czyli o cenzurze w Indiach

Parę miesięcy temu siecią, najpierw w Indiach, a potem na całym świecie zatrzęsła piosenka “Why This Kolaveri Di”. Niepozorne zdawałoby się nagranie bardzo szybko stało się hitem youtube’a, przekraczając 60 milionów odtworzeń. Kilka miesięcy później, Kolaveri znów wstrząsnęło siecią. Tym razem zupełnie inaczej. To za jej sprawą rozpętała się pierwsza indyjska wojna o cenzurę.

Piosenka mimo skromnego teledysku nie jest bowiem w żadnym wypadku niezależną produkcją. Pochodzi z – rozsławionej zresztą głównie za jej sprawa – tamilskiej produkcji „3“. To jego twórcy złożyli w sądzie w Ćennaju protest przeciwko naruszeniom praw autorskich, od którego rozpoczęła się internetowa krucjata rządu. To na orzeczenie Wysokiego Sądu w Ćennaju powołał się Departament Elektroniki i Technologii Informacyjnych, wzywając dostawców Internetu (w tym takich gigantów jak Airtel) do zablokowania wybranych stron, w tym m.in. The Pirate Bay i innych torrentów, ale też Vimeo, Dailymotion czy Pastebin.

Decyzja wywołała podobny skutek jak w Polsce. Indyjski oddział Anonymous wezwał do działania, a co to oznacza – chyba nikomu po ACTA nie trzeba tłumaczyć.

Dla indyjskiego rządu musiało być to spore zaskoczenie. Kraj, który szczyci się mianem największej demokracji świata i w powszechnej opinii przeciwstawiany jest Chinom jako ostoja wolności słowa, w rzeczywistości flirtuje z cenzurą od dawna i bardzo często, tyle tylko, że jak dotąd spotykał co najwyżej umiarkowany opór społeczeństwa.

Wszyscy znamy z popkultury „Pierwszą Poprawkę” do amerykańskiej konstytucji, gwarantującą wolność słowa. Na ironię zakrawa fakt, że Indie – tak często porównujące się ze Stanami Zjednoczonymi – również mają swoją „pierwszą poprawkę”. Lecz w przeciwieństwie do amerykańskiej, indyjska ogranicza tę wolność. Artykuł 19(1)a konstytucji mówi „Wszyscy obywatele mają prawo do wolności słowa i ekspresji.” Poprawka zawęża jednak jego zastosowanie, mówiąc (w wolnym tłumaczeniu) „Zastosowanie artykułu 19(1)a nie powinno w żaden sposób ograniczać działania jakiegokolwiek istniejącego prawa lub powstrzymywać państwa przed ustanawianiem nowych praw mających na celu walkę z pomówieniami, oszczerstwami, zniesławieniami, obrazą sądu lub wszelkimi kwestiami, które naruszają przyzwoitości, moralność lub dobre obyczaje lub które podważają bezpieczeństwo państwa lub ma tendencję do obalenia państwa”[1]

Jak widać, cenzura jest wpisana w samo serce Indyjskiego systemu prawnego. Ktokolwiek był w Indyjskim kinie, spotkał się z jej zastosowaniem. Każdy film poprzedza bowiem certyfikat dopuszczenia filmu do projekcji przez Centralna Radę Certyfikacji Filmów, która wyjątkowo skrupulatnie chroni obywateli przed nagością, seksem, niepoprawnymi politycznie tematami. Oglądanie zachodniego kina w Indiach,  jest w związku z tym niezwykle trudne, fabuła pozbawiona ‘momentów” się rwie, a często wręcz traci logikę. A niektórych filmów oglądnąć się nie da wcale – np. „Dziewczyna z tatuażem” z racji braku zgody twórców na ingerencje do Indii nie weszła wcale.[2]

Ale do kina się nie ogranicza. Nasilenie cenzury miało też miejsce po zamachach w 2008 w Mumbaju i miało przede wszystkim wymiar antyterrorystyczny. Rząd przegrał wówczas dość długą batalię z RIM-em o udostępnienie przez tego znanego z wysokiego poziomu zabezpieczeń kanadyjskiego producenta smartphonów możliwości monitorowania przechodzących przez jego system maili i wiadomości. Grożono zablokowaniem usług w całości, jeśli RIM się nie zgodzi, do czego ostatecznie jednak nie doszło.[3]

W Internecie o cenzurze można mówić już od 1999 roku, kiedy to podczas wojny o Kargil operator VSNL, bez żadnych formalnych instrukcji rządowych, zablokował dostęp do pakistańskiej gazety „Dawn”. Wtedy też powołano CERT (Computer Emergency Response Team), który formalnie zajmuje się cyber-bezpieczeństwem, a w praktyce – niejednokrotnie – również cenzurą Internetu. Ciekawy artykuł o jego działaniach można przeczytać tutaj.

Raz miałem nawet przyjemność zetknąć się z cenzurą osobiście. Kiedy w 2010 roku starałem się o nową wizę do Indii, przemiła Pani w ambasadzie (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam) zasugerowała mi, że może bezpieczniej by było, gdybym skasował swojego bloga i stronę ze zdjęciami. “Jeśli ambasador zobaczy, że napisałeś coś, co postawi Indie w złym świetle, może nie przyznać Ci wizy”. Bloga skrupulatnie zablokowałem do czasu odebrania paszportu z pieczątką, ale słyszałem później o przypadkach ludzi, którzy takiej porady nie dostali a co za tym idzie.. nie dostali też wizy.

Jednakże ostatnie wydarzenia były bez precedensu, bowiem uderzyły na masową skalę w tzw. zwykłych obywateli. Powołując się na orzeczenia sądowe, Kapil Sibal – Minister Komunikacji – wezwał Google, Facebooka i kilka innych stron do „prewencyjnej cenzury” i przeglądania treści przed publikacją, w celu uniknięcia treści wzywających do religijnej nienawiści. W tą stronę poszła również nowelizacja IT Act z 2000 roku, która czyni te serwisy odpowiedzialnymi za zamieszczane w nich treści (mimo, że twórcami są użytkownicy) i usunięcia ich w ciągu 36 godzin od zgłoszenia ich szkodliwości. Jednak rzut oka na statystyki wskazuje jasno, że to nie treści o zabarwieniu religijnym, a politycznym są prawdziwym powodem zmartwień rządu. Wg. statystyk Google Transparency, w drugiej połowie 2011 roku blisko 70% zgłoszeń do Google dotyczących usunięcia treści dotyczyło treści krytycznych wobec rządu lub związanych z nim osób.

Jednakże – podobnie jak w Polsce – granica została przekroczona nie kiedy rząd Indii próbował ograniczać wolność słowa, ale kiedy wstrzymał dostęp do ściągania plików. Zablokowanie w Indiach stron takich jak dailymotion.com czy thepiratebay.com, z których codziennie korzystały miliony użytkowników sieci, spotkało się z ostrą reakcją. Decyzja podjęta w celu ochrony praw autorskich twórców wspomnianego już „3” zaowocowała serią około 14 ataków hakerskich (m.in. na stronę opozycyjnej prawicowej partii BJP) jak i publicznym, symultanicznym protestem, który miał miejsce 9-tego czerwca we 16-stu większych miastach Indii.

Ich skala może nie robić wrażenia (w Delhi zebrało się mniej niż 100 osób), ale łącznie z protestami online i atakami Anonymous, można mówić o kolejnej emanacji skupionego wokół sieci nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego (kolejnej, bowiem również sieć była w dużej mierze narzędziem działania ruchu skupionego wokół Anny Hazare).

– Nie odczuwaliśmy cenzury w sieci aż do niedawna. Internet był jedynym miejscem, gdzie można się było całkowicie swobodnie wypowiadać. Aż do ostatniej blokady. – mówi Dev Bhatia, który uczestniczył w protestach w Delhi. – Nasz ruch nie jest może wielki, ale fakt, że udało nam się równocześnie zorganizować w kilku miastach a media szeroko komentowały naszą akcję sprawia, że mamy nadzieję, że uda się powstrzymać negatywne zmiany. W każdym razie – zaznaczyliśmy naszą obecność.

Ostatecznie poprawka do wcześniejszego orzeczenia sądu z Ćennaju doprecyzowała, że zablokowane mają być wyłącznie adresy zawierające konkretną treść (pliki) będące przedmiotem orzeczenia, nie zaś całe strony. Ale nikt nie ma wątpliwości, że to dopiero pierwsze starcie o wolność słowa w Internecie w Indiach.

Tekst oryginalnie opublikowany na portalu Polska-Azja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s