Lalki w ogniu

Debiutancka książka dziennikarki „Rzeczpospolitej” szturmem zdobyła polskie księgarnie. Recenzenci są niemal zgodni: Lalki w ogniu napisane są fantastycznie, a Paulina Wilk władzę nad językiem ma niemal absolutną, co zdarza się rzadko w czasach internetowej neurozy, każącej autorom wypluwać krótkie, chaotycznie zdążające do celu zdania.

Wilk lubuje się w słownej ornamentyce i karkołomnych czasem porównaniach, ale nie pozwala, by zaszkodziło to precyzji jej wypowiedzi. Jej opisy Indii są plastyczne, choć niewskazane byłoby mówić, że ładne: autorka więcej niż o kolorach Indii pisze o ich rynsztokach, ale za to tak, że można je niemal poczuć.

To właśnie urzekło wielu krytyków – że obiera Indie z bollywoodzkiego blichtru, a zamiast tego pokazuje ich miękkie podbrzusze. Faktem jest, że trzeba o Indiach nie wiedzieć niemal nic, by ten obraz był zaskakujący, ale też w Polsce za obraz Indii odpowiadają głównie foldery agencji turystycznych i Bollywoodzkie teledyski, więc dla wielu takie przedstawienie kraju Ghandiego może być szokujące, choć z pewnością jest bliższe prawdy.

Nie bez znaczenia dla tego sukcesu była też znakomicie przemyślana promocja. Wilk, jak mało która autorka, umiejętnie wykorzystała do promocji nie tylko tradycyjne media, ale też Internet. Facebook i jej blog odegrały w niej niemal równie ważną rolę jak notki i recenzje we wszystkich najpoczytniejszych magazynach. A te ostatnie były znakomite. Szczygieł zaliczył Lalki do najlepszych książek roku 2011, Wojciech Jagielski stwierdził, że to jedna z najlepszych reporterskich książek, jakie ukazały się w Polsce w ostatnich latach, i ta jego wypowiedź znalazła się na okładce, zaraz obok entuzjastycznej oceny Martyny Wojciechowskiej, która przecież sama niejedno widziała i przeżyła. Nie mogłam się oderwać, żałuję, że skończyłam – zachwala. Wyrazić sprzeciw w takim towarzystwie, to zakrawa na herezję.

Co ciekawe, w tym samym czasie, kiedy Lalki w Ogniu święciły triumfy w Polsce, w Indiach ukazały się niemal równolegle dwie książki oparte na popularnych blogach obcokrajowców tam mieszkających. Delirious Delhi Dave’a Pragera, amerykańskiego speca od reklamy opowieść o roku życia w Delhi oraz Henna For The Broken Hearted Sharell Cook, Australijki, która wyszła za Hindusa, zamieszkała w Bombaju i odtąd opisywała na blogu swoje życie białej pani domu. W sumie to zbiory mniej lub bardziej zabawnych anegdot i przemyśleń wynikających ze zderzenia uporządkowanej cywilizacji zachodniej z kreatywnym chaosem subkontynentu. My również mamy swój wkład w ten gatunek w postaci Masali Maxa Cegielskiego czy Mozaiki Indyjskiej Tomasza Mazura. Większość tych książek, oprócz tematyki, łączy jeszcze jedna cecha – są to debiuty.

Aravind Adiga powiedział kiedyś w wywiadzie, że kiedy ktoś przyjeżdża do Indii, początkowo czuje, że mógłby o nich napisać książkę, a po dwóch latach już wie, że nie potrafi o nich napisać prawdziwego zdania. Jak widać, nie wszyscy dochodzą do tego drugiego wniosku i można by się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje. Trudno przecież o przykłady odwrotne, żeby np. ktoś z Azji przyjechał na rok do Europy i po powrocie, na z grubsza dwustu stronach, próbował lekko i przystępnie objaśnić Europę swoim pobratymcom. Składam to na karb naszej okcydentalnej arogancji, której – mimo iż od czasów wypominającego nam tę przypadłość Saida minęło ćwierć wieku – nie zdołaliśmy się do końca pozbyć.

Czy książka Wilk wpisuje się w ten nurt? I tak, i nie. Na pewno literacko jest pozycją o wiele dojrzalszą i bardziej przemyślaną. Nie ma też charakterystycznego dla tego nurtu charakteru „przygodowo-anegdotycznego”. A jednak pewnych grzechów, moim zdaniem, autorka nie zdołała uniknąć.

W Autoportrecie reportera Ryszard Kapuściński napisał, że szansa literatury na współistnienie z telewizją polega na zdolności wyjaśniania i pogłębiania obrazu. Jedynie we fragmentach książka Pauliny Wilk spełnia to kryterium. Na przykład w otwierającym ją eseju Obyś była matką tysiąca synów. Solidnie udokumentowana, szokująca diagnoza sytuacji kobiet w indyjskim społeczeństwie jest świadectwem pierwotnego zamiaru reporterki napisania całej książki właśnie o kobietach w Indiach.

W wielu miejscach jednak dopieszczone, bezbłędne stylistycznie opisy codziennych rytuałów i ulicznej rzeczywistości irytująco ślizgają się po powierzchni. Być może to celowy zabieg. Objaśnianie Indii w ich całej złożoności jest zajęciem karkołomnym, więc najbezpieczniej jest je po prostu możliwie precyzyjnie, wycinkami, opisać. Dziennikarka chowa się więc za tekstem, nie pisze o sobie i nie ocenia, co już wyróżnia ją z tłumu skorego ferować szybkie wyroki. Łatwo ulec złudzeniu, że jest to opis obiektywny, za co wielu recenzentów ją chwali. Ale ów obiektywizm również budzi wątpliwości. Wilk wprawdzie zagląda w miejsca, gdzie nie docierają turyści, opisuje codzienne rytuały Hindusów z zacięciem encyklopedystki, i gdy pisze o tym, co widzi, nie można jej nic zarzucić, ale jednak nie ufam jej, gdy próbuje zaglądać Hindusom w dusze. Przede wszystkim dlatego, że niemal nie pozwala im zabrać głosu. A oni uwielbiają mówić o sobie, i najczęściej mówią coś zupełnie innego, niż spodziewamy się usłyszeć. Uwielbiają nas konfundować. Gdy mieszkałem w Indiach, wielokrotnie krótka rozmowa zmieniała moją perspektywę o sto osiemdziesiąt stopni, a dwa słowa odwracały do góry nogami jakąś – zdawałoby się – oczywistą sytuację. Pozornie nieracjonalne zachowania okazywały się kryć głębszą logikę, często zakorzenioną w wielowiekowej tradycji, lub w czysto pragmatycznym, głębokim zrozumieniu lokalnych uwarunkowań.

W tej książce zaś prawie nie ma ludzi, jest tylko tłum. Masa. Zaledwie w dwóch esejach pojawiają się konkretni bohaterowie, którzy mają swoje imię, swoją historię i – co najważniejsze – swój głos. I te fragmenty – obok wspomnianego już eseju o kobietach – uważam za najlepsze w książce. W pozostałych często nie wiemy nawet, gdzie dzieje się opowieść – jakiś pociąg, jakieś miasto, jakaś ulica, jakiś slums. W Indiach, gdzie stany różnią się od siebie bardziej niż kraje w Europie, takie ogólniki dyskwalifikują. Paulina Wilk maluje spójny portret Indii, a przecież Indie – jak pisał Wallerstein – nie istnieją.

Co więcej, pod pozorem dystansu i obiektywności, wypełnia autorka te anonimowe postaci myślami, uczuciami i motywacjami. Pisze w liczbie mnogiej: „Hindusi myślą”, „Hinduska uważa”, „Hinduscy mężczyźni marzą”. Skąd czerpie tę wiedzę – nie wiemy. Nawet jeśli moje własne doświadczenie podpowiada mi, że wiele z tych uogólnień może być prawdziwych, to budzą one mój sprzeciw. Przewrażliwienie? Być może. Zbyt wiele razy zostałem zrugany w Indiach za pochopne wnioski i uogólnienia. Jest to pułapka, której być może trudno się ustrzec, i w którą wpada wielu autorów, Indie bowiem widać gołym okiem, ale trudno je uchwycić.

Tekst ukazał się w miesięczniku Odra, w numerze 04/2012

Paulina Wilk: Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii. Seria Bieguny, Wydawnictwo Carta Blanca, Warszawa 2011, s. 264.

One thought on “Lalki w ogniu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s