Pokolenie przemiany czyli nowa sztuka z Indii

Para młodych ludzi na pikniku. Leżą razem na kocu, wokół nich walają się opakowania po fast foodzie. Oboje w dżinsach. Ona opiera głowę o jego brzuch, on ją
obejmuje ramieniem. Nic niezwykłego.
Pozornie, ponieważ to Indie. Na podstawie tego jednego zdjęcia można bardzo wiele
powiedzieć o tej parze. W Indiach publiczne okazywanie sobie uczuć formalnie
jest zakazane. Za pocałunek na ulicy można dostać mandat To w mieście. Na wsi –
zwłaszcza jeśli się naruszy kastowe tabu – może się skończyć o wiele gorzej. Dlatego
nawet bez podpisu (New Delhi, 2004), wiadomo, że zdjęcie wykonano w którejś z
największych metropolii tego kraju. Wiadomo też, że owi młodzi są wykształceni,
względnie bogaci i pochodzą z raczej liberalnych domów.
To właśnie o nich ( i przez nich) zrobiona jest ta wystawa. To oni – zaledwie około
20 proc. mieszkańców Indii, ale zarazem aż trzysta milionów ludzi – czy tego chcemy
czy nie – w dużej mierze decydują, gdzie zmierza teraz ludzkość. Dlatego warto ich
zrozumieć.

 Tytuł Pokolenie przemiany sugeruje, że głównym tematem wystawy są zmiany, jakie
dokonały się w Indiach w ostatnich latach. Ale to by była zawężona interpretacja. Ta
wystawa to próba zdefiniowania swojej tożsamości w trzech kontekstach.
Po pierwsze niełatwej, często brutalnej codzienności życia w Indiach. Rzeczywistości
naznaczonej dramatyczną biedą, kastowymi i religijnymi podziałami, terroryzmem,
patriarchatem, przesądami i zacofaniem.

Mówi o tym szokujący fotograficzny dokument Garri Gill, pokazujący szczegółowo narodziny w małej wiosce, odbywające się bez asysty lekarza, bez środków przeciwbólowych, wprost na klepisku. Czy komiks pochodzącego z Kaszmiru Malika Sajada Terroryzm pokoju, w którym pokazuje on ciemne strony indyjskiej walki z terroryzmem, prowadzącej do napiętnowania ze względu na pochodzenie, dokładnie tak samo jak ma to miejsce w USA w przypadku muzułmanów.
Drugi wątek – ten podkreślony przez autorów w tytule – to próba zrozumienia
własnej przemiany w ostatnich dwóch dekadach. Indie, choć demokracją są od
uzyskania niepodległości, na gospodarkę rynkową otworzyły się niemal dokładnie
w tym samym czasie co Polska. Trzeba było czasu na oswojenie się z codzienną
obecnością światowych marek w sklepach, nowych wzorców konsumpcji, liberalizacją
obyczajów, mówiąc w skrócie – na oswojenie się z faktem, że będąc młodym
Hindusem, można być takim samym nastolatkiem jak młodzi Amerykanie.
To właśnie temat tytułowego cyklu Pokolenie przemiany. Zdjęcia ukazują młodych
Hindusów z papierosem, tańczących w klubie w wyzywających pozach, skaczących
z bunjee, czy też po prostu rozmawiających. Nie ma nic szczególnego w takich
sytuacjach, a jednak ich strój, ich pozy, ich spojrzenia określają przepaść dzielącą
ich od pokolenia rodziców, ale też ich rówieśników, którzy mieli w życiu mniej
szczęścia.
Znam tych ludzi. Wiem, że gdy tylko opuszczają swoje bezpieczne i liberalne
enklawy względnego dobrobytu, napotykają piętnujące spojrzenia, które nie
pozwalają im zapomnieć. Często pozornie wyluzowani i cool wśród znajomych,
tak naprawdę prowadzą podwójne życie. Tak jak mój kolega, który choć studiował
za granicą, pracuje w korporacji, nosi dżinsy i słucha amerykańskiego rocka, nigdy
się rodzicom nie przyzna, że pali papierosy i że wśród jego współlokatorów jest
kobieta.

Wreszcie trzeci wątek, być może najtrudniejszy, ale też najbardziej pociągający – to
głęboka potrzeba zdefiniowania, co właściwie znaczy być Hindusem i czym są Indie.
Tak dla samych siebie, jak i wobec Zachodu. Młodzi artyści lawirują bowiem gdzieś
pomiędzy dwoma wielkimi przekłamaniami: swoistą propagandą własnego sukcesu,
którym zachłysnęły się Indie w ostatniej dekadzie, a zupełnie karykaturalnym,
uproszczonym obrazem tego kraju w oczach Zachodu, który wciąż postrzega Indie
jako biedną egzotyczną piękność. Nakłada się na to jeszcze postkolonialny kac, który
objawia się nieco schizofrenicznym pomieszaniem równoczesnego uwielbienia dla
wszystkiego co „zachodnie”, a zwłaszcza – brytyjskie i białe, z wyniosłą, wręcz
agresywnie okazywaną dumą z własnego dorobku cywilizacyjnego i dzisiejszego
sukcesu.
Jak Zachód postrzega Indie, najlepiej chyba oddaje zaskakujące swoją obecnością
na tej wystawie wideo amerykańskiego piosenkarza new-folk Devendry Banharta.
Nawiązujący w założeniach do Hinduskiej mitologii, a w stylu mający być pastiszem
kina bollywoodzkiego, teledysk, jak zauważył recenzent „Guardiana”, na pewno nie
odnosi się do kina Bollywódzkiego ostatnich czterdziestu lat. Ten teledysk, to żywy
dowód, jak zadziwiająco trwały i niewzruszony jest ów karykaturalnie uproszczony
obraz Indii jako kraju zaklinaczy wężów, sadhu i egzotycznych piękności w sari.

Aikko Miki w przedmowie do katalogu wystawy Chalo! India (miała miejsce w tokijskim Mori Art Museum na przełomie 2008/09) zauważył słusznie, że Indyjscy artyści są nieustannie konfrontowani z paradoksalną sytuacją, gdy warunkiem międzynarodowego uznania ich sztuki jako „oryginalnej” [Indyjskiej] jest wplecenie w nią kodów indyjskiej tożsamości. Kodów rozpoznawalnych dla Zachodu – należałoby dodać.
Niby od czasu Orientalizmu Saida minęło już parę pokoleń, zdążyliśmy sobie
stworzyć i zburzyć zupełnie nowy mit wojującego islamu, trochę oswoić Chiny, ale
w obrazie Indii wciąż niewiele się zmieniło. Może wynika to z faktu, że Indii nie
da się „streścić”. Ich złożoność i wielowymiarowość jest tak ogromna, że nie dają
się sprowadzić do krótkiego opisu, co w czasach „wikipedycznych mędrców” nie
służy obalaniu stereotypów.
Młodzi artyści Indii, zmagając się ze swoją tożsamością, muszą równocześnie ustawić
się jakoś w stosunku do tych wszystkich aspektów. A odbiorca – być ich świadomym.

Trzeba pamiętać, że wykształceni Hindusi mają nad swoimi zachodnimi
równolatkami pewną przewagę. Przynależą równocześnie do obu cywilizacji.
Urodzeni i wychowani w Indiach, w większości za swój podstawowy język uznają
angielski, mają poczucie przynależności do anglojęzycznego obszaru kulturowego i
całkowitą swobodę poruszania się nim. Oni znają i rozumieją oba światy, podczas gdy
my – tylko nasz.

Według mnie właściwym mottem wystawy jest tytuł pracy Jana Simona: Jak daleko
są Indie. To ciekawe pytanie. Wychodząc z Zachęty, nie mogłem się oprzeć wrażeniu,
że – wbrew pozorom – w sensie mentalnym, bardzo niedaleko. Zmagania młodych
Indusów z własną tożsamością nie są dalekie od zmagań twórców polskiej sztuki
krytycznej. Tematy konsumpcji, tożsamości, religii, biedy, własnego obrazu w oczach
świata, a także sposoby radzenia sobie z nimi, to wszystko wygląda zaskakująco
znajomo. Wideoinstalację Tejal Shah pt. Nakarm/Zabij mogłaby zapewne zrobić
Katarzyna Kozyra, gdyby tylko urodziła się w Indiach.

Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z Indii / Generation in Transition. New Art

from India. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa; kurator Magda
Kardasz, współpraca: Anna Tomczak, Magdalena Komornicka; wrzesień –
listopad 2011

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Odra” 1/2012

A tutaj możecie oglądnąć kilka prac wideo z wystawy: 

One thought on “Pokolenie przemiany czyli nowa sztuka z Indii

  1. Pingback: Pokolenie przemiany | Indie-Polska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s