WallMart i Tesco (jeszcze) nie dla Hindusów

(Ten tekst to moja pierwsza analiza napisana dla największego polskiego think tanku poświęconego Azji: Centrum Studiów Polska – Azja. Mam nadzieję, że to początek długiej i owocnej wspópracy.)

Obrazek

Przez blisko trzy lata pracy w Indyjskiej firmie konsultingowej o niczym innym nie słyszałem częściej i z większą nadzieją w głosie. Hasło „FDI in retail”powtarzało się niczym mantra. Czy to już, w tym roku? Czy za rok? A może wcale?

Akt zezwalający na bezpośrednie inwestycje zagranicznych sieci handlowych jest być może najważniejszym, a już na pewno – najbardziej oczekiwanym – akcentem w długoletnim procesie uwalniania rynku w Indiach. Pod koniec listopada rząd ogłosił, że reforma otrzymała wreszcie zielone światło. Dla sieci handlowych – z WallMartem, Tesco, Metro AG i Carrefourem na czele była to prawdopodobnie najbardziej radosna wiadomość ostatnich lat. Radość, niestety, trwała krótko. Indyjski Kongres Narodowy, przewodzący rządzej koalicji United Progressive Alliance, ugiął się pod wpływem protestówi wycofał z wcześniejszych deklaracji.

Odrobina historii

W Indiach po uzyskaniu niepodległości w 1947 roku trwał zapoczątkowany przez Jawaharlala Nehru blisko półwieczny eksperyment będący dokładną odwrotnością eksperymentu Denga Xaopinga: demokracja bez kapitalizmu. Hindusi mówią o tym okresie „License Raj” czyli władza licencji, ponieważ choć prywatna przedsiębiorczość istniała formalnie, tona praktycznie każdy aktprzedsiębiorczości trzeba było otrzymać kilka – czasem nawet kilkanaście – pozwoleń.

System ten zaczął się powoli zmieniać w latach 80-tych, ale dopiero w 1991roku obecny premier, a ówczesny minister finansów Manmohan Singh ,przyparty do mur kryzysem bilansu płatniczego,zapoczątkował drastyczne reformy gospodarcze.

Najważniejsze zmiany jakie odtąd zaszły to uwolnienie kursu rupii, prywatyzacja większości zakładów państwowych, ograniczenie liczby regulacji oraz stopniowe dopuszczanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Jako jeden z pierwszych całkowicie uwolniony został sektor usług. Wprowadzenie tak zwanej automatycznej ścieżki akceptacji inwestycji z nawet 100% kapitałem zagranicznym zaowocowało boomem gospodarczym, napędzanym w głównej mierze rozwojem sektora outsourcingu i usług IT.

Jednak pewne pozostałości centralnie sterowanej gospodarki istnieją do dziś. W Indiach w dalszym ciągu tworzone są plany pięcioletnie, w dalszym ciągu także wiele sektorów objętych jest częściowymi ograniczeniami inwestycyjnymi określającymi procent udziałów, konieczność uzyskania licencji lub ograniczenia kwotowe dla inwestycji. Ograniczona jest również prywatna własność obcokrajowców – np. nie mogą oni posiadać dóbr trwałych takich jak nieruchomości czy samochód. Jednak sektorów, gdzie zakaz jest całkowity nie pozostało zbyt wiele. Handel wielobranżowy – co może być zaskakujące – jest jednym z ostatnich, obok energetyka jądrowa, gry i zakłady losowe czy kolei. Kilka dni temu zliberalizowano m.in. regulacje dotyczące rynku lotniczego, który do niedawna również był na tej liście.

Proponowane zmiany

Inwestycje zagraniczne już od 1997 roku są dozwolone w handlu hurtowym i typu cash&carry, co sieci takie jak WallMart czy Metro AG wykorzystały do stworzenia sobie przyczółków do dalszej ekspansji.

Już teraz możliwe jest również, choć trudne, otwieranie sklepów markowych. (tzw. single-brand retailing). Wymaga to jednak uzyskania specjalnego pozwolenia a udziały inwestora zagranicznego są ograniczone do 51%. Joint venture, udzielenie franczyzy czy sprzedaż licencji, które są sposobami na ominięcie ograniczeń nie są jednak sposobem dla wszystkich.Wiele firm obawia się utraty kontroli nad jakością i know how. bądź po prostu nie może znaleźć odpowiedniego partnera. Dlatego też nie ma jeszcze w Indiach H&M ani GAP, ale już na przykład flagowa marka Inditexu – Zara, pojawiła się w  Indiach 2010 roku dzięki porozumieniu z należącym do Taty operatorem Trent, który przygotowuje również wejście na rynek innej marki koncernu: Massimo Dutti. Reforma, którą chciał wprowadzić rząd zniosłaby limit inwestycji w sklepy i przeniosła te inwestycje na tzw. ścieżkę automatyczną.

Z kolei dla sklepów wielobranżowych – umożliwiłaby wejście na takich zasadach, jak operują obecnie sklepy markowe. Wejście Tesco czy Wall-Martu, oprócz limitu 51% udziałów w spółce,  obwarowano jeszcze wieloma innymi zastrzeżeniami. Minimalna wartość inwestycji to zagranicznej to 100mln dolarów, co oznacza, że tylko najwięksi gracze będą mogli skorzystać z korzyści deregulacji. Sklepy mogłyby być otwierane jedynie w miastach powyżej miliona mieszkańców, musiałyby przynajmniej 30% zaopatrzenia czerpać od małych i średnich dostawców, 50% wartości inwestycji musiałoby być każdorazowo przeznaczone na infrastrukturę logistyczną, a i tak każdy sklep musiałby uzyskać akceptację lokalnych władz.

Korzyści z FDI

Po pierwsze – potężny zastrzyk kapitału, tak potrzebny zwalniającej ostatnio gospodarce. Inwestycje związane z handlem detalicznym w najbliższej dekadzie po wprowadzenie FDI szacuje się na 15 do 20 miliardów dolarów (szacunki City Banku). To największy impuls inwestycyjny od otwarcia rynku usług.

Co jednak o wiele ważniejsze – oznaczałoby to gigantyczne przemiany w infrastrukturze zaopatrzeniowej, która dziś jest jednym z najpoważniejszych hamulców rozwoju Indii. Indie borykają się z ogromnymi stratami towarów w trakcie dostaw – nawet do 40% towaru wychodzącego od rolników zanim dotrze do sklepu nie nadaje się do sprzedaży.  Logistyka w łańcuchach chłodniczych praktycznie nie istnieje.  Tymczasem warunki porozumienia narzucają, aby minimum 50% wartości inwestycji było przeznaczone na stworzenie niezbędnej infrastruktury logistycznej, czemu zresztą sieci nie będą się raczej opierać, gdyż chcąc utrzymać w swoich sklepach globalne standardy jakościowe, będą i tak musiały stworzyć ją niemal od podstaw. Podobnie jak standardy higieny – zarówno wśród pracowników jak i klientów.

Zaostrzenie konkurencji przyczyni się również do spadku cen dla konsumentów a to z kolei – może być długo poszukiwanym panaceum na problemy Indii z blisko 10% inflacją.

Optymiści wskazują również, że sieci, które zaopatrują się bezpośrednio u dostawców dzięki pominięciu pośredników będą oferować rolnikom i producentom korzystniejsze warunki, ale akurat przy tym argumencie można postawić duży znak zapytania.

Podłoże protestów

Zorganizowany handel w Indiach to dziś zaledwie ok. 6% całego, wartego 470 miliardów dolarów, rynku handlu detalicznego w Indiach. Reszta to targi i tzw. sklepy kirana(kirana dukan).  Kirana, to sklepy-instytucje – są na każdym kroku. Utrzymują całe rodziny, są częścią społeczności.  Malutkie, często w prowizorycznie skleconych barakach, zaopatrują lokalną społeczność we wszystkie najważniejsze dobra. Zakupy są donoszone do domu, przygotowywane na zamówienie. Sklepikarz zna każdego klienta i jego przyzwyczajenia. Przeciwnicy FDI wskazują przede wszystkim, że otwarcie rynku dla dużych graczy spowoduje upadek właśnie tych a tym samym wzrośnie bezrobocie, a ceny będą narzucane dyktatem „obcych gigantów”.

Zorganizowany handel na pewno jest dla nich zagrożeniem, ale jest to zagrożenie mocno wyolbrzymione. Po pierwsze – znaczna część klientów sklepów kirana to ubogie klasy niższe, które do supermarketu i tak nie pójdą, bo nie będą się potrafiły w nim odnaleźć. Po drugie – zorganizowany handel już w Indiach istnieje i rozwija się bardzo agresywnie. Pantaloon Group, Shoppers’ Stop czy Trent –indyjskie korporacje już od kilku wypełniają tę lukę.  Oczywiście pojawienie się nowych graczy zaostrzy konkurencję, ale też podniesie jakość usług. Po trzecie – biorąc pod uwagę urbanistyczne i komunikacyjne uwarunkowania indyjskich metropolii, trudno sobie wyobrazić, by supermarkety będą bezpośrednio rywalizować ze sklepami kirana.  Raczej będą się uzupełniać, bowiem nawet zamożni klienci nie zamienią całkowicie wygody zakupów za rogiem lub wręcz dostawy do domu na kilkugodzinny postój w korkach.

Niektórzy analitycy wskazują zresztą, że być może entuzjazm w stosunku do FDI jest przesadzony, a rynek jest bliższy nasyceniu niż wskazują optymistyczne prognozy. Widać to doskonale na przykładzie Gurgaonu – miasta satelickiego Delhi, gdzie ulokowała się większość siedzib międzynarodowych koncernów. W mieście wydano przeszło 100 (sic!) pozwoleń na budowę  centrów handlowych i choć zrealizowano jak dotąd zaledwie około 30, to już wyraźnie widać efekty kanibalizmu. Nowe inwestycje mają średnio ok. 2 lat, by przynieść zwrot, gdyż po tym czasie klienci (i najemcy!) migrują do jeszcze nowszego, większego i nowocześniejszego centrum. Wiele rozpoczętych inwestycji od lat stoi niedokończonych, a otwarte zaledwie kilka lat temu pierwsze centra handlowe już zaczynają plajtować. Indyjska klasa średnia rośnie, ale czy w wystarczającym tempie, by ten tort dało się podzielić na tak wiele kawałków?

Problem braku przywództwa

Wejście światowych gigantów w obszar handlu detalicznego ma, z puntu widzenia interesu narodowego, pozornie mniejsze znaczenie strategiczne niż wiele obszarów (np. energetyka), gdzie inwestycje zostały dozwolone bez protestów. Spór o FDI w handlu ma zatem szerszy niż tylko ekonomiczny wymiar. To przejaw kryzysu przywództwa, jaki coraz wyraźniej rysuje się w Indyjskiej polityce.

Temperatura sporu wynika z faktu, że mowa o obszarze najbardziej widocznym i dotyczącym bezpośrednio niemal wszystkich obywateli. W Indiach, gdzie postkolonialne resentymenty wciąż są żywe, okazał się on bardzo łatwy do wygrania w politycznych rozgrywkach,zwłaszcza w kontekście zaplanowanych na początek 2012 roku wyborów do parlamentu w  kluczowym politycznie, najliczniejszym indyjskim stanie Uttar Pradeś.

Ogłoszenie tak kluczowej decyzji bez zapewnienia wcześniej odpowiedniego klimatu politycznego, a następnie równie nagłe wycofanie się z niej to kolejne, wręcz samobójcze w tym kontekście zachowanie rządzącej koalicji UPA. W jego efekcie opozycja sparaliżowała prace parlamentu na przeszło dwa tygodnie. Dopiero decyzja o wycofaniu projektu, doprowadziła do wznowienia normalnych obrad.

Opozycja twierdzi, że sprawa FDI to tylko próba odwrócenia uwagi od wniosku o odwołanie oskarżanego o korupcję ministra spraw wewnętrznych P. Chidambarana oraz wciąż czekającego na rozpatrzenie projektu ustawy antykorupcyjnej tzw. Jan Lokpal Bill, która choć w opinii większości analityków nie jest rozwiązaniem problemu, to po wielotysięcznych protestach zwolenników ruch Anny Hazare, nabrał wymiaru symbolicznego.

W efekcie, dawniej wielbiony jako reformator premier Manmohan Singh, dziś powszechnie uznawany jest za mądrego, ale zbyt miękkiego lidera nie panującego nad własnym gabinetem. Jego niezdolność do zdecydowanych czynów a nawet wypowiedzi, stała się już z resztą tematem niezliczonych żartów. Jeśli dodać do tego nie do końca jasny stan zdrowia liderki Kongresu i nestorki dynastii Gandhich – Soni Gandhi (mówi się, że cierpi na raka, choć nie ma wciąż oficjalnego potwierdzenia tej informacji), mamy obraz poważnego kryzysu przywództwa w Indiach. I to w jego kontekście trzeba postrzegać sprawę FDI.

Dlatego też prorokowanie kiedy, o ile w ogóle, ustawa zostanie przyjęta, jest w przypomina w tej chwili wróżenie z fusów, choć można zakładać, że nie stanie się to raczej przed zakończeniem wyborów w UP, a dalszy los ustawy w dużej mierze zależeć będzie od ich przebiegu.

Artykuł napisany na zlecenie CSPA.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s