Manhattan z przypadku

Bądźcie przygotowani na coś, co może przypominać USA z lat dwudziestych – napisał  w mailu Aditya Singhal przed naszym przyjazdem do miasta, które w ciągu ostatnich dwudziestu lat przekształciło się z wioski na obrzeżach Delhi w jedno z najważniejszych centrów biznesu w Azji

Gurgaon od Delhi dzieli 30 kilometrów. Dojeżdża się do niego wygodną, szeroką autostradą, z której widać ogromne biurowce. Tempo rozwoju miasta szokuje. Nawet Google Maps za nim nie nadąża. Na zdjęciach satelitarnych budynek, w którym Google ma swoją siedzibę, jeszcze nie istnieje.

Pamiętam, jak na początku do pracy chodziłem ścieżką przez łąkę, przecinając rozkopaną drogę. Dziś na tej samej trasie wyrosły dwa wieżowce i autostrada. A to było zaledwie dwa lata temu – mówi Karol Krochmal, który trzy lata temu przyjechał tu na praktykę i został.

 

OD PUCYBUTA DO MILIONERA

– Co widzicie? – pyta Aditya, syn właściciela dużej firmy doradczej, spoglądając przez okno biura na ulicę, po której tłum w garniturach lawiruje między rikszami, traktorami, luksusowymi autami, placem budowy, slumsem i ludźmi śpiącymi na ulicach pospołu z krowami. – To miejsce jest przepełnione życiem – chaotycznym, ale intensywnym jak nigdzie indziej na świecie. Wszędzie widać ogromny entuzjazm. Ludzie chodzą wyprostowani i dumni. Czują, że historia dzieje się na ich oczach.

Aditya miał rację. Amerykański sen najpełniej realizuje się dziś właśnie w Indiach. Ale to zarazem dziki kapitalizm w starym amerykańskim stylu. Prawo pracy, normy bezpieczeństwa, prawa konsumenta – to wszystko prawie nie istnieje. System socjalny też zbudowany jest na wzór amerykański – ubezpieczenia są dobrowolne, a za szkołę czy leczenie każdy płaci z własnej kieszeni. Jeśli cię nie stać, za darmo nie dostaniesz nic. Pucybuci, których tu można spotkać niemal na każdym rogu, mają małe szanse, by wskoczyć do tego pędzącego pociągu.

Cud gospodarczy Indii, oparty na sektorze IT i outsourcingu usług, to po pierwsze efekt niezłej (głównie prywatnej) edukacji, a po drugie tego, że w kraju, w którym ludzie mówią kilkuset językami i dialektami, odziedziczony po kolonizatorach angielski siłą rzeczy stał się podstawowym sposobem komunikacji. Jeśli więc Chiny są fabryką świata, to Indie są jego zapleczem biurowym. To właśnie tu przenoszone są z całego świata mniej wymagające prace biurowe – informatyczne, call centers, analiza dokumentów.

Karol Krochmal: – Wydajność pracy jest tu wprawdzie dużo niższa niż gdziekolwiek indziej, ale jak się płaci komuś dziesięć razy mniej to jest to zrozumiałe.

Gurgaon to obok Mumbaju i Bangalore trzecie i najmłodsze centrum biznesu w Indiach. Millenium City – nazwali je Indusi, uwierzywszy, że stanie się dla Delhi tym, czym Pudong dla Szanghaju –wprowadzi je do grona metropolii o światowym znaczeniu. Swoje siedziby ma tu 140 firm z listy Fortune 500 – największych korporacji świata. Przez miasto przewija się każdego dnia ponad 2,5 miliona osób, co oznacza, że ten „satelita Delhi” jest większy niż Warszawa.

Zaczęło się po 1991 roku, gdy Indie otworzyły swoją gospodarkę i nagle wszyscy zaczęli szukać tu biur. Znaleźli je w Gurgaonie, gdzie czekali już na nich trzej deweloperzy DLF, Unitech i Vatica, którzy skorzystali z dobrodziejstw tzw. aktu HUDA, pozwalającego zabudowywać dawne grunty rolne w stanie Haryana. (Gurgaon, choć jest częścią NCR – National Capital Region od Delhi, administracyjnie podlega już pod sąsiedni stan.) Prawdziwym gigantem stał się KP Singh, właściciel DLF, którego logo świeci na budynkach obok Oracle, Microsoftu czy Ericcsona. Wykupił niemal pół miasta i szybko stał się jednym z najbogatszych ludzi w Indiach.

 

ILLENIUM CITY

Haryana nie uczyniła żadnego wysiłku, by przyciągnąć inwestorów. Właściwie się nawet tego nie spodziewała. – mówi Sanjeev Ahuja, dziennikarz „Hindustan Times”, piszący na co dzień o Gurgaonie. – Po prostu „tak wyszło”.

Miasto rozrasta się na pirackich zasadach. Zarząd stanu Haryana wydaje licencje na zabudowę gruntu, pobiera horrendalną opłatę, a potem umywa ręce. A deweloperzy robią, co chcą, by wycisnąć z gruntu maksimum zysku. O mieszkańcach nikt nie myśli. Jak w Belvedere Park, jednym z najbardziej luksusowych kompleksów mieszkaniowych w mieście, który z powodu braku systemu odwadniającego, został w czasie monsunów w sierpniu 2008 roku mocno podtopiony.

Zalane samochody wyciągano z parkingu dźwigami – opowiada Karol – a przez kolejne trzy miesiące mieliśmy prąd z generatorów. Oczywiście za odpowiednio wyższą cenę.

Gurgaon skumulował w sobie wszystkie plagi, jakie mogą dotknąć współczesne miasto. Fatalne drogi, braki prądu i wody, choroby, brud, przestępczość. Opisał to „Hindustan Times” w serii raportów Gurgaon upada, opublikowanych pod koniec 2008 roku. Cykl zaczął się od artykułu o tym, że ponad dwumilionowa metropolia nie ma wysypiska śmieci.

Wszystko odbywa się w bardzo „ortodoksyjny” sposób – jak to określa Ahuja. – Śmieci są po prostu wyrzucane przed dom na ulicę, a stamtąd zabierają je żebracy. To, co pozostaje, zjadają psy, krowy i dzikie świnie.

Jeden z kolejnych odcinków poświęcony był fatalnym drogom. Ahuja, który był jednym z współautorów, opowiada, że po publikacji zadzwonił do niego szef departamentu Haryana: – Pytał, dlaczego robimy tyle zamieszania, że drogi są w złym stanie. Mówił, że kiedy przyjeżdża, nigdy nie widzi korków czy dziur, a miasto rozwija się imponująco. Roześmiałem się i odpowiedziałem, że kiedy on przyjeżdża, to trasa przejazdu jest znana kilka dni wcześniej, więc wszystko wcześniej naprawiają, a potem zamykają drogę, żeby przejechał wygodnie i bezproblemowo. Zaprosiłem go, by przyjechał incognito, zrobił rundkę ze mną po mieście i zobaczył, jak to naprawdę wygląda. Na razie nie pojawił się.

Kilka dni później zobaczyliśmy, jak to działa, na własne oczy. Kilkunastometrowy odcinek drogi naprzeciwko naszego mieszkania przez parę tygodni przypominał raczej poligon wojskowy niż ulicę w centrum biznesu. Pewnego dnia rano spostrzegliśmy, że jest naprawiona. Wszystko stało się w nocy, nawet nie zauważyliśmy robotników. Jak się okazało, właśnie tego dnia przejeżdżał tędy jakiś lokalny VIP.

Po serii publikacji Gurgaon zyskał przewrotny przydomek – Illenium City (gra słów Ill – choroba i Millenium). Zawdzięcza go epidemii dengi, zapomnianej już prawie w cywilizowanych krajach. Ta przenoszona przez komary choroba jest podobna do malarii: objawia się bardzo wysoką gorączką i – zbyt późno leczona – może być zabójcza. Do tego nie można się przed nią zabezpieczyć – nie ma szczepień chroniących przed dengą ani leków prewencyjnych. A Gurgaon – „miasto przyszłości” – jest w Indiach jej głównym siedliskiem, zaś najgorsza sytuacja panuje, paradoksalnie, w jego najdroższych dzielnicach. Komary wykluwają się w klimatyzatorach, basenach, a także w wodzie deszczowej, która stoi na ulicach tygodniami. Oficjalne statystyki mówią, że w czasie pory monsunowej zanotowano w mieście ponad 700 przypadków zachorowań, a trudno zweryfikować, ilu chorych nie zostało w nich ujętych. A kolejne monsuny oznaczają kolejne wylęgi komarów.

BUNT SZEFÓW WIELKICH KORPORACJI

Można powiedzieć, że Gurgaon cierpi na te same choroby, co wszystkie indyjskie miasta. A jednak jest inny.

Gurgaon może być nazwany twarzą współczesnych Indii – ciągnie Ahuja. – Zarówno jego rozwój, jak i problemy są symptomatyczne dla całego kraju, choć bardziej skondensowane. To, co go od niego odróżnia, to mieszkańcy.

Wystarczy popatrzeć na wskaźniki – stopień analfabetyzmu jest tu o przeszło dwadzieścia procent mniejszy niż wynosi średnia krajowa, o wiele wyższe są też średnie zarobki. Mieszkańcy Gurgaonu to w dużej mierze wykształcona elita – obyta w świecie, świadoma swoich praw i możliwości. I świadoma obietnic, jakie zostały jej złożone. Ich zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne, nic więc dziwnego, że dzieją się tu rzeczy, które gdzie indziej byłyby nie do pomyślenia. Na przykład strajk menedżerów. Nigdy wcześniej w Indiach nie zdarzyło się, żeby szefowie międzynarodowych korporacji protestowali na ulicach miasta jak zwykli obywatele. Jednym z liderów tego ruchu jest Kishore Asthana, który ostatnie ćwierć wieku spędził na bliskim wschodzie jako doradca biznesowy brata króla Omanu.

– W 2003 roku wróciłem do Indii i zamieszkałem w Gurgaon, gdzie zaangażowałem się w działalność społeczną – mówi Asthana – We wrześniu ubiegłego roku, przeprowadziliśmy akcję protestacyjną na nielegalnym wysypisku śmieci. Udało nam się do niej wciągnąć wielu dyrektorów firm i menedżerów, a nawet gwiazdy krykieta Yuvraj Singha i Suriendera Amarnatha. Protestowaliśmy wszyscy, bo przez to wysypisko mamy problemy z oddychaniem, rozprzestrzenia się denga. Chcieliśmy i nadal chcemy wciągnąć w takie akcje społeczne jak najwięcej ludzi – także tych, którzy na co dzień chowają się w swoich enklawach.

Sam Kishore Asthana mieszka w pięknie urządzonym domu w śródziemnomorskim stylu. I właściwie nie wiadomo, dlaczego ludzie tacy jak on, żyjący wygodnie i w oddaleniu od problemów, protestują, mogąc łatwo odciąć się od rzeczywistości za murem ich rezydencji.

– Przede wszystkim, to do końca nie możemy, a poza tym rośnie świadomość, że nie żyjemy na wyspie – odpowiada. –  Możesz się odciąć, ale twój samochód i tak utknie w tym samym korku, na tych samych dziurawych drogach. Jeśli wyczerpie się woda gruntowa, to, co się stanie ze mną? Z wartością moich nieruchomości? A co, jeśli wieśniacy zaczną protestować i zablokują drogi lub odmówią pracy? Co wtedy zrobimy z naszymi klimatyzowanymi samochodami? A co, jeśli z braku policji ktoś nam po prostu wyrwie kluczyki na ulicy i odjedzie?

 

UCIECZKA DO MALLU

– My mamy coś, czego nie mieli nasi rodzice czy dziadkowie – potrzebę posiadania – mówi Namita Taweja, konsultantka z sąsiedniego biurowca, siedząc w modnej kawiarni Costa Cafe. – Chcemy mieć coraz więcej i coraz lepszych rzeczy, także dla siebie, nie tylko dla rodziny.

Wokół pełno podobnych jej młodych yuppie – dobrze wykształconych, często w Stanach, oczytanych, skorych do pogawędki zarówno o wojnach napoleońskich jak i w biznesie.

To nasze pokolenie będzie zmieniać ten kraj – mówi Namita. A Gurgaon to miasto stworzone dla ludzi takich jak ona.

To dla nich jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne malle (jest ich już kilkanaście, a zaakceptowano budowę ponad 100!), gdzie obok klasycznych sari można wybierać stroje najlepszych europejskich marek. Przestronne, czyste i klimatyzowane są niczym oazy w głośnym, gorącym (w miesiącach letnich temperatura sięga niemal 50 stopni Celsjusza), chaotycznym i wypełnionym mieszanką mgły, pyłu i spalin mieście.

Tu całe życie odbywa się w centrach handlowych. Coś takiego jak przestrzeń publiczna nie istnieje. Chyba, że masz na myśli slumsy, krowy stojące na środku drogi i brak chodników – mówi z przekąsem Karol.

Ale konsumpcji Indusi się dopiero uczą.

Oni kupują dużo, ale bez fantazji –  mówi Katarzyna Lechowicz, stażystka w jednej z tutejszych korporacji. – Kiedy zapytałam szefa, czemu kupił taki, a nie inny laptop, odpowiedział z dumą, że ten był najdroższy w sklepie.

Aditya potwierdza: – Indie mają syndrom nuworysza. Ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli żadnego samochodu, chcą się od razu przesiąść do Mercedesa. Ci, którzy do niedawna jedli z ulicznych budek, chcą jeść w najlepszych restauracjach. Tylko, że czasem nie potrafią jeść widelcem.

 BABU

Dzień w dzień w biurze, domu i na ulicy owe elity mijają się z „niewidzialnymi” – ubranymi w przybrudzone, szarawe uniformy, które i tak są powodem do dumy w ich rodzinnej wiosce.

Na jednego pracownika przypada dwóch służących, którzy przynoszą kawę, zamiatają, albo po prostu siedzą i się patrzą – opowiada Karol. W Europie służba to luksus, tutaj – oszczędność. Drzwi automatyczne kosztowałyby prawdopodobnie więcej niż kilkuletnia pensja chłopca, który je otwiera, a za cenę odkurzacza można przez rok utrzymać sprzątaczkę.

Te dwie masy ludzi uzupełniają się niczym ying i yang, nie mogąc bez siebie istnieć. Elity – z wielkich metropolii, dobrych uniwersytetów, bogatych domów i reszta – przeważnie z małych wiosek, często gdzieś z biednego wschodu czy południa, które Aravind Adiga w swojej powieści Biały Tygrys nazywa „ciemnością”. Tacy jak Babu – służący z Technopaku, czyli firmy Adityi, który kilka lat temu przyjechał wraz z żoną do Gurgaonu za pracą. Trójkę nastoletnich dzieci zostawił w swojej wiosce w zachodnim Bengalu pod opieką babki.

Babu – jak tysiące mu podobnych – pracuje w agencji Impressions, która wynajmuje pomocników biurowych korporacjom, potrącając od ich i tak skromnych pensji kilkunastoprocentowy haracz. Robi kawę, herbatę, utrzymuje porządek w biurze i spełnia wszelkie zachcianki pracowników, co – zważywszy na to, że wcześniej był kucharzem – jest znacznie poniżej jego umiejętności. Babu zarabia ok. 5000 rupii, czyli w przeliczeniu nieco ponad 300 zł. Miesięcznie. W całości wysyła je do domu na edukację dzieci. Jego żona gotuje w dwóch domach, co daje jej miesięcznie kolejne 3000 rupii (ok. 200 zł), za co oboje muszą przeżyć. A przecież i tak należą do szczęśliwców – oboje mają pracę, a Babu zarabia więcej niż wynosi przeciętna na jego stanowisku.

ATHUL

W pewnym sensie szczęściarzem jest również Athul, który w hierarchii zawodów znajduje się na samym dole. Jest rikszarzem, co często oznacza pedałowanie przeciążoną rikszą dzień w dzień od świtu do nocy, niezależnie czy panuje 45 stopniowy upał, monsunowa ulewa czy przenikliwy zimowy chłód. Dla wielu riksza jest jedynym domem, jaki mają, a kurtka i koc jedynym dobytkiem. Jednak na tle innych „niewidocznych” pochodzący z Kalkuty Athul jest szczęściarzem z dwóch powodów – po pierwsze, jako jeden z niewielu ma własną rikszę, więc wszystko, co zarobi trafia do jego kieszeni. Jeśli ma dobry miesiąc, oznacza to nawet 6000 rupii (ok. 400 zł) Po drugie ma dom – mieszka ze swoją żoną i trzyletnim synkiem w Natpurze (miejscowość obok Gurgaonu). 

Gurgaon jako miasto dla Babu i Athula prawie nie istnieje. Obaj przyjechali tu za pracą, bo jest jej więcej i jest lepiej płatna. Ale jest też drożej, dlatego Babu trójkę nastoletnich dzieci zostawił z babką w wiosce w zachodnim Bengalu. Niewiele rozumieją z tego, co dzieje się wokół. – Widziałem kiedyś na komputerze zdjęcia butów i myślałem, że może robią obuwie. Ale widziałem też inne rzeczy, więc już nie wiem – mówi Babu, a nasza tłumaczka tymczasem opowiada mu, na czym polega praca firmy konsultingowej, gdzie pracuje. Przerywa jej zawstydzony: – Zajmuję się swoimi sprawami i to mi wystarczy. Lepsze to niż miałbym kraść czy żebrać.

Ulica centrów handlowych, z której Guragon jest tak dumny, to dla nich kolejna zatłoczona i niebezpieczna droga.

Te miejsca mnie onieśmielają, to nie jest mój świat. Bardzo chciałbym kiedyś wejść do mallu, popatrzeć na te wszystkie wystawy, ale to nie dla mnie. Nie mam ładnego ubrania, pewnie by mnie nawet nie wpuścili – mówi Athul, a nam przypomina się scena z Białego Tygrysa Adigi. Jeden z niewidzialnych, który próbuje przekroczyć próg guragońskiego mallu, zostaje z niego wyrzucony i pobity.

W głosie Babu i Athula nie ma jednak buntu, nawet zawodu. Na pytanie, czy chcieliby robić coś innego, Athul odpowiada ze spokojem, ale nieco speszony: – Mógłbym, gdyby coś się trafiło, coś, co przyniosłoby mi szczęście i pieniądze, czemu nie. Ale póki co, jeżdżę rikszą.

Oni wierzą w karmę że są tam, gdzie są, bo w poprzednim życiu nagrzeszyli. Jesteśmy biedni, ale widać tak musi być – opowiada Karol. – Przeskoczenie z tego świata do świata ludzi pracujących w korporacjach jest niemal niemożliwe. Zdarza się – wtedy piszą o tym w gazetach. Jak o rikszarzu, który jakimś cudem odłożył na wykształcenie syna – prawnika.

 

TU I TERAZ SIĘ TWORZY HISTORIA

– W 2010 metro z Dehli będzie dochodzić do Gurgaonu, wybudują więcej dróg, poszerzą, te, które są teraz, sprzątną cegły i rozstawione przy drogach straganiki, pył zniknie – mówi Aditya.

Sanjeev Ahuja myśli podobnie: – Nie wierzę, że miasto upadnie. Zmienia się podejście władz, chcą wynająć prywatną firmę do zarządzania infrastrukturą, co jest bardzo dobrym pomysłem, bo nie pieniędzy, a umiejętności im brakuje. Wierzę, że jeszcze zobaczymy lepszy Guragon.

Dziewięcioprocentowy wzrost gospodarczy, który nawet w kryzysie spadł raptem do pięciu procent i namacalne dowody zmian – metro, autostrada i biurowce, które widać wszędzie wokół – dają powody do optymizmu. Ale to wciąż bardzo krucha równowaga. Niektóre firmy rozważają opuszczenie miasta z uwagi na infrastrukturę, w inne uderzył kryzys. Nie wiadomo też, czy zbudowane przez zebranych z ulicy robotników budynki przetrzymają najbliższe poważne trzęsienie ziemi. Mniejsze zdarzają się średnio raz w roku.

Ale to, czego naprawdę wszyscy się boją, to terroryzm. Niewiele się o tym mówi w Polsce, ale wielki zamach w Mumbaju był jedenastym tylko w 2008 roku. W 2009 było spokojniej, ale biorąc pod uwagę napiętą sytuację w Kaszmirze, wciąż jątrzący się spór z Pakistanem, panoszącą się w wielu regionach kraju komunistyczną partyzantkę Naskalitów czy ULFA (Zjednoczony Front Wyzwolenia Assamu), przeprowadzającą regularne zamachy na północnym-wschodzie, trudno wierzyć, że to trwały spokój. Pytanie tak naprawdę brzmi nie „czy?”, ale „kiedy i gdzie?” wybuchną kolejne bomby.

A jeśli wybuchną, to zapewne tutaj. Guragon to cel idealny propagandowo, a jeszcze dotąd nie był atakowany. I choć wszędzie są systemy bramek, wykrywacze metalu i ochrona, to po każdym ataku ludzie coraz niżej opuszczają swoje dumnie uniesione głowy. Gra toczy się o dużą stawkę. I nie chodzi nawet o wiszące wciąż w powietrzu zagrożenie wojną atomową z Pakistanem. Ataki terrorystyczne mogą wystraszyć inwestorów i spowodować ich ucieczkę z Indii. A to mogłoby zepchnąć kraj w otchłań politycznego i gospodarczego chaosu. Dla Indii możliwa jest tylko ucieczka do przodu, i to szybka. Każde spowolnienie może zaowocować erupcją milionów (miliardów) uśpionych problemów.

Ale w jednym Aditya ma rację – tu i teraz się tworzy historia. Trudno jedynie orzec, czy będzie to jej jasna, czy ciemna karta.

Jacek Ratajczak

Natalia Kopeć

(Reportaż kazał się właśnie w styczniowym (2010) numerze „Odry”. )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s