Dżihad kontra Różowe Majteczki

(Reportaż, który napisałem na początku roku i nigdy się nie ukazał. Niech więc będzie chociaż na blogu.)

W Bangalore lider skrajnej prawicy grozi przymusowymi malżeństwami parom trzymającym się za ręce i żąda zamknięcia wszystkich pubów w mieście. W odpowiedzi tysiące kobiet wysyła mu różowe majteczki. W przededniu kolejnych wyborów do parlamentu, nowoczesność zderzyła się z tradycją w bitwie o tożsamość współczesnych Indii.


Bangalore , Klub Ice,  sobota 7 lutego 2009,

Witam wszystkich na kolejnej imprezie z cyklu Global Party! Mamy najlepsze drinki, najlepszą muzykę i goście z całego świata!  A więc – let’s rock the night! Tylko pamiętajcie, nie tańczymy!

Otoczony palmami basen w jednym z najbardziej ekskluzywnych hoteli w mieście. Właśnie zakończył się pokaz mody, który był główną atrakcją imprezy, teraz sprowadzony z Anglii Dj gra najgorętsze hity londyńskich parkietów. Wejście kosztuje 2000 Rupi, drinki – kilkaset do ponad tysiąca.

Wiesz, ci ludzie pracują w korporacjach IT, dostają kasę od rodziców lub pracują na pół etatu w call centre. Wszyscy mieszkają z rodzicami, bo od rodziców się nie wyprowadzasz nigdy – nawet po ślubie żona sprowadza się do domu męża i wszyscy mieszkają razem.  Nie mają żadnych zobowiązań, więc te 20 czy 40 tysięcy Rupi to jest ich „kieszonkowe” – odpowiada Amulya, dziennikarka, na pytanie skąd w kraju, który ma najwięcej biedaków na świecie tyle osób, mogących sobie pozwolić na wydanie nawet kilkuset Euro przez wieczór.

Dochodzi 23.20. Śniade Induski w kreacjach inspirowanych stylem bollywoodzkich gwiazd, które ledwo zakrywają cokolwiek, pośpiesznie dopijają ostatnie drinki , nieznacznie podrygując w rytm muzyki.  Za dziesięć minut zapali się światło, DJ przerwie imprezę i wszyscy rozejdą się do domów przed północą. A jeszcze niedawno Bangalore słynęło w całej Azji z dewizy „work hard, play harder” .

– To miasto nie spało do 4 nad ranem. Okolice MG zawsze były pełne turystów i wycieczek z całych Indii, które przyjeżdżały tu tylko po to, żeby spędzić weekend w słynnym mieście pubów – mówi Amulya.

W 2005 rządząca BJP (Bharatiya Janata Party – konserwatywno-hinduska Indyjska Partia Ludowa, jedna z dwóch głównych sił politycznych w Indiach), zaproponowała, by zmienić oficjalną nazwę miasta na Bengaluru, tak bowiem brzmi ona w języku Kannada, którym mówi blisko 50 milionów mieszkańców stanu Karnataka.  Ta zmiana była symboliczna. W tym samym czasie wprowadzili ciszę nocną o 23.30 i zakazali tańczenia w miejscach, gdzie sprzedawany jest alkohol. Za tańce bez odpowiedniej licencji można trafić do więzienia.- Musieliśmy wypełnić parkiet sofami , żeby „ochronić” klientów przed tańczeniem. – żaliła się wówczas prasie Amardipta Biswas, właścicielka Cosmo, jednego z popularniejszych lokali w mieście.

Zakaz miał uderzyć w  tzw. „dance bars”, gdzie panowie pili drinki, a – jak na zachodnie standardy – względnie ubrane panie tańczyły dla nich erotyczne tańce w zamian za napiwki. Oczywiście część z nich  świadczyła też inne usługi. W sumie: stara indyjska tradycja. W pewnym momencie BJP postanowił to zwalczyć i wydano zakaz tańczenia w miejscach, gdzie sprzedaje się alkoho. Uderzyło to też w kluby i puby.W pewnym sensie, przez tą ustawę zrównano klub z burdelem – tłumaczy Tasmai, 21-letnia pracownica jednej z agencji reklamowych w mieście.

Organizatorzy imprez muszą sobie jakoś z tym radzić, chociaż nie jest łatwo . – Nie wiesz, o co mnie prosisz – odpowiada jeden z organizatorów imprez, na moje pytanie o te sprawę – To są rzeczy, w których miesza się polityka, biznes i podziemie. Zadrzesz – znikasz. A ja muszę mieć z nimi dobre układy. Zresztą zaraz tu przyjdą. Ci sami, którzy atakują kobiety za zachodnie ciuchy, przychodzą na te imprezy , piją Chivas Regal przy barze i gapią się na tańczące dziewczyny.

Moralna policja broni kobiet przed zachodnim zepsuciem…

Mangalore. 27 stycznia, godzina 16.00

“ Nasi działacze wyciągali dziewczyny z pubu, aby ochronić je przed alkoholem, tańcami i narkotykami. Oni (nasi pracownicy) nie są szaleńcami. Są patriotami. Ochrona kobiet przed złem zachodniej kultury jest naszym prawem. To obowiązek każdego obywatela Indi. Kultura pubów nie ma nic wspólnego z naszą!” – tak komentował wydarzenia w Mangalore szef  organizacji Sri Ram Sene – Pramod Muthalik.

Pod koniec stycznia 40 aktywistów jego samozwańczej “moralnej policji” wyciągnęło z pubu i pobiło kilka młodych dziewczyn. Dwie z nich trafiły do szpitala. Policja nie reagowała.

Kilka dni później kilkunastu działaczy „moralnej policji” porwało 16-letnią hinduskę, gdy jechała z muzułmańskim chłopcem autobusem. Publicznie upokorzona za pokazywanie się z chłopcem innego wyznania, zamiast ochrony i wsparcia, znalazła pogardę, nawet u własnych rodziców.  Dziewczyna popełniła samobójstwo.

Bangalore, Brigade Road, 6 lutego 2009, późny wieczór

Tą historię, opisaną przez „Deccan Herald” powieliło kilkadziesiąt blogów i stron w Internecie: Do grupki kobiet, które właśnie opuściły jeden z pubów, z piskiem opon podjeżdża luksusowy biały SUV Audi, omal nie potrącając jednej z nich. Wyskakuje z niego pięciu młodych mężczyzn do których wkrótce dołączają kolejni. Wyzywają w języku Kannada stojące przed pubem kobiety – trzydziestoparoletnie, niezależne biznesmenki, następnie biją próbujących stanąć w ich obronie mężczyzn.

To układa się w schemat. Policja nigdy nie reaguje. Z reguły odmawia też zaatakowanym prawa do złożenia skargi, bo na przykład „nie mówią w języku Kannada” lub „ są po kilku drinkach”. Napastnicy, choć zidentyfikowani, dzięki politycznym koneksjom lub pieniądzom, nigdy nie ponoszą kary.  Tak samo było w przypadku Sonyi, pracownicy firmy deweloperskiej, która podobny atak przeżyła pół roku temu.

– Najgorsze było  to uczucie bezradności, że nikt nie stanie w twojej obronie. – opowiada.  Mężczyzna zrzucił ją z motoru i przygniótł do ziemi, wyzywając w języku Kannada, którego ona nie rozumie.  Wszystko dlatego, że zwróciła mu uwagę, iż zbyt niebiezpiecznie prowadzi.  – Wokół było pełno ludzi, myślałam, że zrobią cokolwiek. Ale oni tylko patrzyli, a potem grzecznie poprosili, żeby przestał. Tu wszyscy się boją, że ktoś „ma koneksje” albo po cichu przyznają im rację. – Wizytę na komisariacie z perspektywy czasu opisuje ze śmiechem. – Ten mężczyzna miał jakieś kontakty, a mój ojciec jest wysokim rangą wojskowym. Tak więc policjant wił się jak piskorz, starając się pokazać nam, że coś robi, nie szkodząc napastnikowi. Kilka razy na przykład uderzył go po udach gumową pałką. Tak mniej więcej, jak się daje klapsa niegrzecznemu chłopcu.

„Obrona kultury”  stała się bardzo wygodnym pretekstem. Dla jednych – by walczyć o polityczną władzę, dla innych, by wyładować seksualną frustrację wobec coraz bardziej niezależnych kobiet.

W mieście wiszą plakaty z rysunkiem ubranych na sposób zachodni dziewczyn i całującej się pary. Podpis w języku Kannada głosi:, „Jeśli uważasz siebie za przyzwoitą istotę ludzką i dobrego obywatela Karnataki, bij ich, inaczej nie będziesz w stanie spać w nocy”.  W mieście nie brak takich, których nie trzeba specjalnie zachęcać.

– Jeśli nic się nie zmieni, to choć kocham Indie, wyjadę stąd. Nie czuję się tu swobodnie, muszę ciągle myśleć o tym, co na siebie zakładam, zależnie od tego gdzie i kiedy idę, i nie wychodzę bez gazu pieprzowego. – opowiada Tazz

… a kobiety bronią się  przed moralną policją

MG Road, Bangalore, Niedziela 8 lutego 2009. 16.40,

Ciepłe, lutowe, niedzielne popołudnie. Grupa ok. 200 osób maszeruje przez MG Road, zakupowe centrum miasta. Twarze na manifestacji w dużej mierze te same, co na wczorajszej imprezie. Być może, dlatego godzinę protestu wyznaczono na późne popołudnie. W kolumnie idzie głównie induska młodzież, choć jest też paru starszych Indusów, a nawet kilku obcokrajowców. Pochód wtapiałby  się niemal idealnie w pejzaż ulicy, gdyby nie to, że wszyscy mają na sobie przyklejone hasła – „Jestem Induską Kobietą”, „To jest moja kultura”, „Nie Moralnej Policji”.   To protest zorganizowany przez studentki żeńskiego koledżu artystycznego, które skrzyknęły ludzi zakładając grupę na Facebooku. Nazwały ją „Moralna Policja – wstyd Bangalore”.

Obok kolumny jedzie policyjny radiowóz i samochód RedBulla, który sponsoruje uczestnikom energetyzujące drinki, całkiem słusznie uznając to za dobry marketing.  – Oni nam wmawiają, że łamiemy Indyjską kulturę. – mówi Anjali rozdając puszki – Ale co oni właściwie mają na myśli? Czy prawdziwa Indyjska kultura polega na biciu i gwałceniu kobiet i mówieniu innym, co mają robić? – pyta. Przyszła tu do pracy, ale na jej firmowym stroju przyklejona jest kartka „Jestem induską kobietą”.

Największy paradoks ruchu wyjaśnia profesor Krzysztof Byrski, indolog z Collegium Civitas i były ambasador Polski w Indiach.   – Dla hinduizmu charakterystyczne było kiedyś powiedzenie „jeden Byt wieszczowie wielorako nazywają”.  Definicje fundamentalizmu hinduskiego bardzo spłycają hinduizm ograniczając go do rytualizmu i określonej obyczajowości (np. wegetarianizm). Tymczasem Bhagawadgita powiada, że własny sposób życia, ten który dziedziczymy po przodkach, nawet jeśli nie ma samych tylko zalet, jest lepszy niż obcy sposób życia  – opowiada. – Fundamentalizm hinduski to wynik spotkania z islamem i chrześcijaństwem. Obie te religie monoteistyczne są przekonane o tym, że posiadają absolutny monopol na prawdę. I choć ani jednej, ani drugiej nie udało się nawrócić większej liczby hindusów, to udało się ich zarazić podobnym stosunkiem jak nasz, i jak muzułmański, do ich własnej schedy duchowej.

Kolumna zatrzymuje się dwa razy, w ramach protestu uczestnicy zaczynają się wzajemnie przytulać i tańczyć, łamiąc kulturowe tabu. Śpiewają też „We are the  Indians” na melodię „We are the champions”, stojąc obok pomnika Mahatmy Ghandiego.

Nad bezpieczeństwem czuwa spory kordon policji. Głównie funkcjonariuszki, z uśmiechem i sympatią  przyglądające się wydarzeniom. W Indiach, nawet gdy policja musi interweniować, to obowiązuje podział według płci. Funkcjonariuszki do kobiet, funkcjonariusze do mężczyzn.

14 lutego 2009, Walentynki, Bangalore

Kumulacja wydarzeń miała nastąpić w Walentynki. Shri Ram Sene zapowiadał wysłanie na miasto bojówek moralnej policji z kamerami i aparatami fotograficznymi. Mieli robić zdjęcia wszystkich „obscenicznie” zachowujących się par, a następnie zamieszczać je w Internecie. Obsceniczność to każde PDA – Public Display of Affection, czyli publiczne okazanie uczuć. Na przykład przytulanie, czy trzymanie za ręce.  Grożono, że pary zostaną siłą zaprowadzone do urzędu i zmuszane do małżeństwa.  Do niczego nie doszło, bo dzięki protestom, Pramod Muthalik i inni liderzy ruchu zostali prewencyjnie aresztowani dzień wcześniej.

Walentynki to mało istotne święto, i mało kto je tutaj obchodzi. Ale gdyby Ram Sene udało się zagarnąć Walentynki dla siebie, a rząd znów nic by nie zrobił, byłby to dla nich kolejny pokaz politycznej siły. Nie mogliśmy do tego dopuścić – mówi  Nisha

Choć Muthalik wylądował w więzieniu, to wkrótce został wypuszczony. A po Walentynkach ataki nie tylko nie ucichły, ale wręcz się nasiliły. Tak samo jak protesty.

Na Dzień Kobiet kolejny spontaniczny ruch „Fearless Karnataka” zorganizował akcję pod hasłem „Odzyskajmy noc”. Z niewielkiej sceny ustawionej w parku Banappa późnym wieczorem kilka kobiet opowiada w języku Kannada (z tlumaczeniem na angielski) o tym, jak je zaatakowano. Potem niewielka grupa artystyczna prezentuje poemat-performance, dla wszystkich kobiet-ofiar przemocy w Karnatace. Równolegle trwa zbiórka ubrań od  zaatakowanych dziewczyn – mają pójść na wystawę, pokazującą, że rzeczy, w które ubrane były ofiary wcale nie były prowokujące.  Na koniec, o północy, wszyscy – organizatorzy i publiczność – w sumie kilkaset osób, tańczą w rytm „Survivor” Destinies Child, ostentacyjnie łamiąc wszelkie zakazy.

Płaski Świat kontra Wielowymiarowa Rzeczywistość

Od kiedy Friedmann opublikował swój bestseller „Świat jest płaski”, Bangalore stało się miastem-symbolem. Indyjska Dolina Krzemowa, najbardziej nowoczesne i prozachodnie miasto w kraju, dla świata i samych Indusów stało się synonimem sukcesu, gospodarczego cudu i świetlanej przyszłości Nowoczesnych Indii. Dlatego fakt, że taki ruch jak Ram Sene mógł objawić się właśnie tutaj, był dla wielu młodych szokiem.

Na pytanie: skąd wzięli się ludzie odpowiedzialni za atak w Mangalore, często odpowiadają – „Nie mam pojęcia”.  Dla nich Indie to wielka życiowa szansa na pracę w najlepszych korporacjach, dołączenie do największego na świecie grona miliarderów i permanentna, dobra zabawa. Problemy nie przebijały się do nich przez przyciemniane szyby klimatyzowanych samochodów, biur i domów i kordon otaczającej ich rodziny i służby. A to, co docierało, wypierali ze świadomości. – Wiesz, my może staramy się nie widzieć tych problemów. Bez tej romantycznej wizji Indii, życie tu byłoby nie do zniesienia– przyznaje, nie bez oporów, Amulya.

Ostatnio miała jednak miejsce sekwencja zdarzeń, które nie działy się „obok” i podziałały jak zimny prysznic. Wpierw atak w Mumbaju  uświadomił im, że nawet w oazach luksusu nie mogą się czuć bezpiecznie. Potem „Biały Tygrys” i „Slumdog Millionaire” pokazały im „miękkie podbrzusze”, obok którego żyli, ale nie chcieli go zauważać. Wreszcie Mangalore –  czyli atak na młode, wykształcone kobiety. Wszystko to razem obudziło ich polityczną i kulturową świadomość. I po raz pierwszy od dawna – zmusiło do podjęcia akcji. Idziemy na wojnę! Odzyskajmy naszą kulturę – wołają zapraszając na kolejny protest.

Radykalizm franczyzowy

Jeśli zerknąć na wcale nie dawną historię, widać, że objawienie się nacjonalistycznej prawicy w Bangalore było przewidywalne. Pramod Muthalik, lider Ram Sene, urodzony w marathańskiej rodzinie niedaleko Balgaum, w wieku 13 lat zapisał się do RSS – Rashtriya Swayamsevak Sangh.To radykalnie nacjonalistyczna organizacja z przeszło 80-letnią historią, która głosi – podobnie jak Islamscy ekstremiści – że hinduizm nie jest jedynie religią, ale sposobem życia, i której misją jest chronieni kraju przed wszystkimi, którzy mogliby mu zagrażać. Z tego powodu nazywani sa hinduskimi Talibami i już dwukrotnie w swojej historii byli delegalizowani. RSS był zamieszany m.in. w zabójstwo Mahatmy Ghandiego, którego uważali za zdrajcę narodu. Pramod Muthalik do dziś, podobno, co rok odwiedza grób zabójcy i składa mu hołd.

Podobne do Ram Sene organizacje działają w wielu regionach Indii. Gudżarat, w którym BJP rządzi nieprzerwanie od 1995 jest jednym z najzamożniejszych stanów. Maharasztra, gdzie wspólnie z BJP rządzi radykalna prawicowa organizacha Shiv Sene (Muthalik przez pewien czas był jej członkiem) to stan, którego stolicą jest najbogatsze i najbardziej kosmopolityczne miasto Indii – Bombay.  Te partie potrzebują finansowania, więc nic dziwnego, że działają tam, gdzie jest wystarczająco dużo zamożnych hindusów, którzy w ich wspieraniu widzą swój interes. Bangalore wpisuje się w ten schemat.

To za rządów BJP przemianowano  Bombay na Mumbai i Bangalore na Bengaluru, a w Gujaracie doszło w 2002 do wielkiej masakry dwóch tysięcy muzułmanów, w rzekomym odwecie za spalenie pociągu z hinduskimi pielgrzymami. To pod rządami BJP w Karnatace doszło do pogromów chrześcijan na jesieni ubiegłego roku. To koalicja BJP i Shiv Sene po cichu prowokuje ataki na obcych w Bombaju, którzy rzekomo odbierają pracę rdzennym Maharani, przy okazji wprowadzając również ciszę nocną w klubach o 1.30.

To co się dzieje w Karnatace, to w zasadzie tylko powtórka z historii. – Oni postępują według dość prostego schematu, można powiedzieć, że to franczyza – mówi Nisha Suzan. To, co w Bangalore się różni od schematu, to opór, z jakim nacjonaliści się spotkali. I poczucie humoru, jakim wykazali się protestujący – bo dotąd polityka była w Indiach zawsze śmiertelnie serio.

Konsorcjum klubowiczek, wyzwolonych i łatwych kobiet.

– Wysłaliśmy ponad 1000 różowych majtecze. Dodatkowo właściciel pewnej fabryki bielizny, wysłał 1000 kolejnych. A ciągle dochodzą do nas sygnały, że ludzie wysłali więcej. Ostatnio dostałyśmy e-mail aż z Australii – mówi Nisha Susan, jedna z inicjatorek kampanii Pink Chaddis i współzałożycielka Consortium of Pub Going, Loose and Forward Woman, które ma ponad 50 000 członków na Facebooku.  – Skąd nazwa? Chaddi to dziecinne słowo na określenie majtek – niekoniecznie kobiecych i niekoniecznie w seksualnym kontekście. Równocześnie Chaddis zawsze odnosiło się do grup prawicowych. W połączeniu z różem wszystko to nam ładnie zagrało. A co do nazwy Konsorcju – chcieliśmy uprzedzić atak. Jeśli my się nazwiemy tak, jak oni myślą, że najgorzej mogliby nas obrazić, to wytrącamy im broń z ręki.

Na czele  protestów przeciwko Shri Ram Sene stanęły te, którymi on tak pogardza. Nowoczesne, seksowne,  wyzwolone i pewne siebie kobiety – biznesmenki, studentki, klubowiczki.  Zmęczone tym, że nie mogą pokazać się na ulicy z chłopakiem, że rodzina ciągle rości sobie prawo by decydować,  za kogo wyjdą za mąż, że nie wolno im tańczyć i nosić ulubionych ciasnych jeansów i sukienek, i że muszą, niczym Kopciuszek, wracać do domów przed północą.

– To jest w tym wszystkim najfajniejsze. Nikt, a już na pewno nie rząd i  Muthalik, nie spodziewał się po „takich jak my” jakiejkolwiek akcji – śmieje się Nisha. Tymczasem, głównie za sprawą internetu, w całym kraju zaczęły powstawać grupy sprzeciwiające się hinduskiemu fundamentalizmowi. To są kompletnie nieformalne struktury powstałe w wyniku wieczornej dyskusji przy piwie. Jak zobaczyliśmy rano, że jest na grupie 500 osób i rośnie, zrozumieliśmy, że nie ma nawet co próbować tym zarządzać. Jak ktoś ma dobry pomysł, to zachęcamy go do realizacji. Pod skrzydłami kampanii, ale niezależnie. Nie dalibyśmy rady robić wszystkiego samemu.

Quo vadis, India?

Czy Indie się talibanizują? Obawiam się, że prędzej czy później to się stanie. Chyba, że pojawi się ktoś młody i weźmie sprawy w swoje ręce. Bo dzisiejsza klasa polityczna nie daje nadziei. Większość ma przecież przeciwko sobie sprawy karne w sądzie… – mówi Tasmai.

Podobne obawy ma Nisha. –  Tak naprawdę, to talibanizacja jest relatywnie łatwa. Gudżarat już jest w dużej mierze taki, Karnataka może być następna. W Mangalore, jak w całych Indiach, muzułmanie, chrześcijanie i hindusi żyli obok siebie od tysiąca lat. To nie jest multikulturowość w rozumieniu Europejskim, oni się ze sobą nie mieszają. Żyją w społecznościach obok siebie, według własnych zasad, nie wchodząc sobie w drogę – chyba że handlując. Ale przez ostatnie kilka lat w Karnatace (i w innych częściach Indii) pewne grupy podsycały napięcie. Atakowali Chrześcijan, Muzułmanów, ludzi z niższych kast, teraz kobiety. Teraz ludzie z różnych społeczności boją się sobie nawzajem spojrzeć w oczy, rozmawiać. I o to im chodziło. To jest ich polityczny kapitał.

Jednak talibanizacja na modłę Afgańską wydaje się w Indiach niezbyt prawdopodobna, co potwierdza profesor Byrski. – Hinduizm nie jest monolitem centralnie zarządzanym jak katolicyzm. Bardzo będzie trudno skonstruować zwarty i jednorodny front fundamentalistyczny hindusów. Ale licho nie śpi. O nienawiść w Indiach równie łatwo co w Europie. Choć na ogół w Indiach ludzie nienawidzą się bardziej „po ludzku” nie wahając się często własnoręcznie podrzynać gardeł. My w Europie jesteśmy prawdziwymi estetami i wolimy to robić przy pomocy bomb, cyklonu B, napalmu lub gazów bojowych, byle by się krwią nie ubrudzić.

Czy kampania Pink Chaddis może się przekształcić w taką właśnie młodą siłę polityczną, o jakiej mówi Tazz? Raczej nie.  Wspierający ją ludzie są od siebie zbyt różni, połączyło ich tylko kilka wspólnych przekonań, które Nisha szybko wymienia:  Sprzeciw przeciwko przemocy wobec kobiet, próbom antagonizowania różnych grup religijnych czy etnicznych i  ograniczaniu wolności jednostek. W momencie, kiedy postulaty zaczęłyby się konkretyzować w jakiś program polityczny, nie udałoby się utrzymać jedności grupy. –  Zresztą, o czym my mówimy? To jest ruch, który nie istnieje jeszcze nawet miesiąc! Ale biorąc pod uwagę, że ołowa z miliarda mieszkańców Indii nie skończyła 25 roku życia, ich głos jest nie do pogardzenia w czasie tegorocznych wyborów, które odbywają się w poszczególnych stanach między 15 kwietnia a 13 maja.

Niezależnie jednak od wyborów, walka trwa. 25 kwietnia pod hasłem „One Night Stand” co jakiś czas odbywa się seria imprez w dziesięciu głównych miastach Indii. „Dwie płcie, ale jeden gatunek” wołają organizatorki i zapraszają do zabawy w proteście przeciwko ograniczaniu ich wolności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s