Październikowe tripy.

Trochę z prywatnego podwórka update po dłuższym czasie.

Październik upłynął nam pod znakiem długich weekendów (cały wysyp świąt: Gandhi Jayanti, Dussehra, Diwali) i ostrej harówki pomiędzy (przez tydzień przed Diwali – 12h dziennie, wliczając sobote i niedzielę…).

Październik to też miesiąc jednych z najlepszych wycieczek jak dotąd.

Wpierw Jaisalmer – niewielkie miasto na środku pustyni Thar, z racji używania tu do budowy praktycznie wszystkiego piaskowca, zwane „Złotym Miastem”, szczyci się głównie XII wiecznym fortem (co niezwykłe – wciąż zamieszkanym!) i niezwykłą sztuką rzeźbiarską. Aż po dziś dzień, co bogatsze domy zdobione są tą samą ażurową techniką co Fort i stare Havelis, co więcej, zdobione są nawet płotki czy przystanki autobusowe, co sprawia wrażenie, że całe miasto jest wielką złotą rzeźbą. Miasto słynie również z tego, że jest jednym z dwóch miejsc w Indiach, gdzie legalna jest marihuana (zwana tu Bhang) i istnieją swego rodzaju specyficzne „coffee shopy”. Wprawdzie nie można kupić jej na wagę, ale można się np. napić bhang lassi (lassi to tradycyjny indyjski napój odświerzający – coś w rodzaju koktailu z kwaśnego mleka z owocami lub przyprawami) albo zjeść ‚bhang cookies”. Dziwnie wyglądają reklamy na głównym placu miasta zapraszające do konsumpcji Bhang w „Government Authorised Shop”.

Poza fortem i kilkoma havelis za dużo do zwiedzania jednak nie ma, a główna atrakcja to pustynia i pustynne safari na wielbłądach, z odwiedzinami wiosek, pokazem tradycyjnych rajhastanskich tańców niesamowitym noclegiem pod gwiazdami na materacach rozłożonych na piaskowych wydmach. Dla nas jeszcze doszła jazda stopem na przyczepie traktora – ale to nie jest stały punkt programu.🙂 Warto też wybrać się na zakupy w wąskich fortowych uliczkach.

Goa przedstawiać chyba nie trzeba. Była portugalska kolonia „to nie są Indie”, jak wszyscy twierdzą i nie sposób się nie zgodzić. Czysto, pusto, cicho. Od krykieta wolą piłkę nożną, od Krishny – Chrystusa, a w knajpach bez problemu można zamówić wołowinę. Uliczki roją się od „uciekinierów z cywilizacji” – wytatuowanych, zadredzionych, w etnicznych ciuchach i nieobecnym spojrzeniu – od lat 60-tych ciągle ląduje tu masa hippisów, rasta i wszelkich innych typów szukających wolnej miłości i łatwych narkotyków (tak, wygląda na to że ten motyw nas prześladował w październiku). Kilku takim uciekinierom zawdzięcza Goa świetne knajpki w europejskim stylu – np. Duble Dutch w Arambolu, gdzie para duńczyków osiadłych tu przed laty popisuje się przed gośćmi domowymi ciasteczkami, stekami i kawą. W karcie mają nawet „Polish Sauerkraut – Kapusta, kiełbasa, bekon, kawałki kurczaka, papryka i grzyby w jednym. Nie uwierzycie! jak zachęca opis. Nie spróbowaliśmy niestety – to jedna z najdroższych pozycji w karcie. Cenią nas.

To także raj alkoholowy – świetne lokalne Porto (spadek po kolonizatorach) można kupić za śmieszne pieniądze (ok 5zł za butelkę lepszego gatunku!), a są też Feni – wódka z orzechów nerkowca lub z kokosa i cała masa innych trunków. W niepijących w zasadzie Indiach – kolejna odmiana. O plażach rozwodzić sie nie będę – wystarczy, że powiem że każda jest inna!

Podróżować najlepiej skuterkiem, zapuszczając się w zagubione wioski z dala od plaży – to tam są największe uroki Goa. I omijać duze miasta – bo jeszcze się nam przypomni, że jesteśmy w Indiach.

Dla Nati lekcje skutera skończyły się wizytą u ortopedy, bo przyrżnęła w murek na placu gdzie ćwiczyliśmy. Na szczęście to tylko niegroźne stłuczenie i – jak się zarzeka – nie będzie się poddawać i jeszcze spróbuje.

Jedyny minus, to że Diwali prawie tam nie świętują. Ale udało nam się dostać na konkurs tańców goańskich – coś w rodzaju dorocznego „meczu” miedzy wioskami. Kilkunastoosobowe reprezentacje kobiece w jednolitych saree tańczą o tytuł najlepszej wioski w regionie, wyklaskując sobie rytm i śpiewając religijne pieśni. Wierzcie mi – nie spodziewali byście się takiej ekwilibrystycznej sprawności po niektórych z Pań.

Ostatni dzień to gigantyczny pchli targ w Anjunie na plaży – choć jego legenda chyba już go przerosła, bo „pcheł” niewiele zostało, a wiekszość to regularni, zorganizowani handlarze, sprzedający to co na każdym innym targu. Uwiódł nas tylko europejski (kraju nie zrozumieliśmy) turysta, sprzedający ręcznie robione etniczne pokrowce na iPoda… I francuska koszulka „przeciw Bushowi”.

A teraz jesteśmy z powrotem w Gurgaonie – odrobinę w depresji i z marzeniami o kolejnym „get-away”…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s