Profesjonalizm po hindusku

Zadowolenie z siebie i niezwykła duma to cechy, których z pewnością nie można Indusom odmówić. Dlatego, kiedy tylko Indie stały się jednym z najpopularniejszych rynków handlowych i biznesowych świata duma hindusów podskoczyła w górę i migiem zabrali sie do rozkręcania własnego biznesu. Wielkie korporacje, bazujące na amerykańskim modelu powstają jak grzyby po deszczu. A skoro mieszczą się w przeszklonych biurowcach to muszą być „world-class”. I tutaj zaczyna się robić ciekawie. Wejdźcie na jakąkolwiek stronę hinduskiej korporacji, ba nawet niekoniecznie, jakiejkolwiek prywatnej firmy. Przymiotniki najczęściej używane to „world-class”, „the best in India”, „first professional”, „one and only”, „leading”, „outstanding”. Wszystkie usługi są na najwyższym poziomie, a każda firma jest liderem na rynku, choćby istniała od dwóch miesięcy i liczyła trzy osoby.

Ale wróćmy do „world class offices”. Jak powstają biura, w których pracują „doświadczone grupy ekspertów” – choćby była to ich pierwsza praca w życiu. Budynki powstają w zastraszającym tempie, ponieważ zatrudnia się „wykwalifikowaną siłę roboczą”- czyli chuderlawych Indusów, którzy pracują po 20 godzin na dobę, ich żony- ubrane w sari noszą cegły na głowie, a ich dzieci przynoszą żwir. Można powiedzieć biznes rodzinny. Coś takiego jak odbiór techniczny nie istnieje. Większość biurowców, tak jak w systemie amerykańskim, należy do prywatnych firm, więc jeżeli komuś spadnie dach na głowę, to odpowiadać będzie właściciel. Indie jednak tym różnią sie od USA, że jeżeli w USA coś się komuś zawali na głowę to właściciel będzie wypłacał milionowe odszkodowania rodzinom ofiar do końca życia, tutaj – da w łapę sędziemu i będzie po sprawie. Jeżeli sprawa w ogóle trafi do sądu to będzie to wielki sukces.

Innym aspektem hinduskiej dumy jest absolutna niemożność do przyznania się, że czegoś się nie wie, lub że z czymś sie nie zdąży. Zaczynając od rikszarzy, którzy przewiozą cię przez cały Gurgaon, zanim trafisz na miejsce a na pracownikach world-class offices kończąc. Tak się składa, że pracuję obecnie nad stroną internetową mojej firmy. Deadline został wyznaczony na poniedziałek, grafik i autorka tekstu zgodzili się na taki termin. Oczywiście jest juz po deadlinie, a strona leży i kwiczy. W międzyczasie okazał się, ze grafik nie jest grafikiem tylko informatykiem, do czego nie przyznał się na początku. Nie umie pracować we flashu, do czego również się nie przyznał. Autorka tekstu uważa, że im więcej „drzewek” i informacji na stronie tym lepiej, choćby były to dokładnie te same informacje i że fajnie jest pisać taki angielskim, ze nawet lord brytyjski cię nie zrozumie.

Ale na tym nie kończmy. Przyjrzyjmy się jak wygląda rekrutacja w Indiach. Miejsc pracy jest wiele, ale chętnych jeszcze więcej. Rekrutację prowadzi się poprzez media (niezastąpiony „Times of India” ), strony internetowe itp. Zgłasza się 20 tys osób, z czego dalej przechodzi około 20. Pomyślałbyś sama śmietanka. I oto, co ta śmietanka mówi na rozmowie kwalifikacyjnej. Po przejrzeniu ośmiostronicowego (!) CV, moja koleżanka, która jest zarówno specjalista ds HR, szefem działu marketingu, acoountem (dostała 5 różnych wizytówek), zapytała delikwentkę czemu chciałaby pracować w firmie X. Czy przyszłoby komuś do głowy, żeby jako powód, dla którego chce sie pracować w danej firmie podać chęć uniezależnienia się od teściowej? Czy przyszłoby komuś do głowy wymienienie wszystkich imion swoich dzieci, ciotek, wujków i kuzynów? Przyznanie się, ze twoje życie prywatne to pasmo nieudanych związków?

Welcome in India. Welcome in a professional world.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s