Hardcore India. Varanasi.

Varanasi lub inaczej Benares. Święte miasto Indii.

Kiedy tam jechaliśmy, niemal wszyscy znajomi Indusi zadawali jedno pytanie: „Po co tam jedziecie?”.

Spróbuję odpowiedzieć. Zacznijmy od tego, po co do Varanasi jechać nie należy:

-> dajcie sobie spokój, jeśli chcecie duchowej przemiany, oczyszczenia etc. Wszystkim świętym w Indiach chodzi o pieniądze. (Ok, wiem, są tacy co znajdują, ale nic mnie bardziej w Indiach nie denerwuje niż natchnieni turyści, którzy są bardziej uduchowieni niż ich duchowi przewodnicy. PS> Białe kobiety nie powinny nosić sari!)

-> dajcie sobie spokój, jeśli chcecie odpocząć. Polecam Goa, Manali, etc.

-> dajcie sobie spokój, jeśli szukacie architektury bądź „najbardziej kolorowego miasta Indii”. Pod tym względem Amritsar bije Varanasi na głowę. To samo Jodhpur czy Udaipur.

-> dajcie sobie spokój, jeśli przeraża Was bieda, hałas, głód, smród i śmierć.

Bo to właśnie tu znajdziecie. Biedę, hałas, głód, smród i śmierć. Welcome to hardcore India.

Varanasi to ghaty, czyli dziesiątki schodów prosto do najświętszych wód Gangesów. Tylko 36 milionów Hinduskich bogów wie jakim cudem ta rzeka nie zbiera codziennie śmiertelnego żniwa, zadowalając się szczątkami ofiarowanymi dobrowolnie. Jej skład chemiczny przypomina bardziej… ok. Chyba nic nie przypomina. Jest tym czym jest – gigantycznym ściekiem ze wszystkich okolicznych miast i fabryk, zmieszanym z resztkami niedopalonych Hinduskich trupów, butelkami od turystów, świeczkami i innym badziewiem po ceremonii Pudzia i mułem. A ludzie się w tym kąpią, piorą, nawet piją. Jak to wytłumaczył nam nasz przewodnik – jeśli się wierzy, że nic ci nie będzie, to nic ci nie będzie. Inni mówią, że ten cud to zawartość srebra w wodzie. Niech że im będzie, cud jest oczywisty, ale badać na własnej skórze nie byłem skory.

Oprócz ghatów – 4 świątynie. Nie warte uwagi. Gigantyczny, chaotyczny i hałaśliwy targ, na którym kupić można wszystko – od punjabskich ciuchów, przez narkotyki z Manali po rajasthanską żonę. Nie dziękuję.

Podsumowując. Widok z okna na palące się nad rzeką ciała, wędrówka po muzułmańskiej dzielnicy (swoją drogą to ciekawe, że najświętsze miasto Hinduizmu jest właściwie zdominowane przez muzułmanów) gdzie wyrabiają na średniowiecznych krosnach jedwab (i oczywiście sprzedają – w „firmowym” sklepiku), dzieci dosłownie wskakujące na człowieka wszędzie by dostać „biskłits” lub „rupis”, wreszcie Pałac Maharadży – kolejny pomnik minionej świetności. (ale o tym osobno będzie).

W tym mieście nie ma nic. Nic prócz prawdziwych, hardcore’owych Indii.

Za resztę zapłacisz kartą.

PS.

W ramach hardcore’owych Indii dziś wracałem z pracy na motorze. Trzech facetów w garniturach, ten środkowy duży i biały, a motor jeden. Got the picture?

PSPS. W sobotę były urodziny Natalii. Chyba najdziwniejsze w jej życiu. Ale o tym niech sama opowie… powiem tylko że był tort, i koncert na żywo i brazylijski alcohol, i małpy, i ciekawy widok z okna na płonące Ghaty…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s