Babu

W związku z kolejnymi molestacjami, co byśmy coś z pracy napisali, niechże Wam będzie.

Spowiadać się będę sam, niechże Natalia uczyni to za siebie. Firma w której pracuję, to, jako się rzekło, Technopak Advisors. A dokładniej całkiem świeżo powstały (bodaj w marcu) dział Mindscape, który specjalizuje się w analizie zachowań konsumentów i przewidywaniu trendów rynkowych. W Indiach…

I tak na przykład rozeznaję się w nadchodzących trendach na rynku restauracyjnym, gdy jeszcze nawet nie nauczyłem się wymawiać nazw większości dań, które tu serwują (a jest tego dużo), wiec bywa zabawnie. Póki co tak naprawdę się rozkręca, bo mam być zaangażowany głównie w nowe projekty, które dopiero wystartują, zaś przy dotychczasowych jestem trochę na doczepkę. Cóż, zdarza się. Mam dużo czasu. W pryszłym tygodniu mają być jakieś szkolenia, wkrótce też impreza dla „świeżynek”. W sumie – na razie jedynie się zapowiada (mimo prawie 3 tygodni), ale zapowiada się nieźle.

W Technopaku jest nas czwórka stażystów – Chinka, Włoch, Brazylijczyk i ja. ALe tylko ja na specjalnych prawach siedzę w drugim (nie głównym) biurze firmy, ponieważ to tu rezyduje Mindscape. Główne biuro jest w wypaśnym biurowcu, moje – w niewielkiej willi na uboczu. Plusy – to że jest tu cicho i zielono, co w Gurgaonie rzadkie.  No i atmosfera nieco mniej anonimowa, jako że pracuje tu 15 a nie 150 osób. Minusy – atmosfera tymczasowości jest wyczuwalna od progu. Wystrój ograniczony do minimum, w łazience widać jeszcze kafelki z motywem kaczora Donalda – zapewne pozostałość po poprzednich właścicielach lokum, meble nie pierwszej młodości i brak jakichkolwiek elementów wystroju, których nie można w każdej chwili porzucić lub z łatwością zapakować i przenieść. Nie jest to biuro, którego oczekiwalibyście po czołowej firmie czwartej największej gospodarki świata. Regularne przerwy w dostawach prądu i wody, dwa telefony przypadające na kilkunastu pracowników, praktycznie brak jakiegokolwiek szerszego wyposażenia.Wszystko to, bo na początku przyszłego roku firma ma się przenieść do nowego, wypaśnego biura w najnowszym biurowcu w Gurgaonie – z salonem lounge dla gości, cafeterią, i pokojem relaksacyjnym dla pracowników. Więc uznali, że nie ma co inwestować w tymczasowe biuro, które wynajęto tylko dlatego, że w głównym się już po prostu przestali mieścić.

Tak więc rezydujemy tutaj – piętnastka pracowników Mindscape i Babu. Babu to służący – jak to w Indiach – nieco ciemniejszej karnacji i nie mówiący ani słowa po angielsku. Robi kawę i herbatkę (chai! – tak jak pa rusku – z naszą herbatą ma to niewiele wspólnego – zalewa się mlekiem, duzo słodzi i dodaje wiele przypraw). Zresztą – robi to właściwie automat, ale Babu czuje się w obowiązku zapytać i przynieść, mimo że każdy mógłby to sam zrobić. Przynosi też wodę – choć dyspenser stoi dwa metry od nas. Czasem coś ugotuje, oczywiście pozmywa naczynia, posprząta w biurze, przyniesie długopis jak trzeba etc. A jak nie ma komu nic do przyniesienia, to nieswój chodzi po biurze i szuka gdzie może się przydać. Na początku chciałem myć po sobie, ale wtedy Babu był kompletnie zagubiony i nie wiem, czy go tym nie obrażałem, więc zaprzestałem prób.

Babu próbuje czasem nawiązać kontakt, uśmiechając się i pytając gestem czy jadłem (ręka przyłożona do ust) albo czy dać mi lnianą torbę na miseczki (jak zobaczył, że się waham czy mogę, pokazał że mają ich całą szafkę). Dziś pytał mnie o imię i skąd jestem, choć nie wiem czy kiedyś widział Polskę na mapie. I nie może zrozumieć, czemu nie mówię w hindi – co wyraża ciągłym kiwaniem głową z nieschodzacym z ust uśmiechem.

W głównym biurze takich Babu jest kilku, choć mniej sympatyczni i bardziej anonimowi. I bardziej wyspecjalizowani – jeden jest tylko po to, by otwierać drzwi wejściowe. Gdy kiedyś zaskoczyłem go wychodząc dość szybko z toalety jak odpoczywał na kanapie, poderwał się na równe nogi, a widząc, że nie zdąrzy, usiadł z rezygnacją i błagającym o wybaczenie spojrzeniem.

Sprawa jest zresztą szersza niż tylko korporacyjna. O rikszarzach pisałem, ale „hindusi na życzenie” są wszędzie. Nawet w takim „akademiku” jak nasz do wszystkich hindusów przychodzą sprzątaczki. Płacą im ok 700 rupee miesięcznie (35zł) w zamian za co mają sprzątanie (raz w tygodniu chyba a może i częściej) i pranie.  Na ulicach na każdym rogu znajdziecie ludzi trudniących się czyszczeniem butów lub innymi służalczymi zawodami. W sklepie (zwłaszcza tych droższych) od razu obskakuje cię tłum sprzedawców, starający się dogodzić na wszelkie sposoby. Nawet w toalecie w klubie można spotkać pana (lub panią odpowiednio), do … odkręcania kranu i podawania papierowych ręczników.

I to wszechobecne „Yes Sir”, „Yes M’am”, „What could I do for you Sir”, „As you wish M’am”.

Damn it. Witajcie w byłych koloniach.

PS. Mamo, Tato. Mówiliście zawsze, żebym nie zostawiał wszędzie kubków czy naczyń bo „nie przyjdzie Jan i nie posprząta”. Cóż, Jan może nie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s