Jednego nie mogę Indiom odmówić. Nie przestają mnie zaskakiwać.
Dziś w kafeterii w porze lunchu było zaskakująco pusto, zresztą – podobnie jak w całym biurze. Do lunchu zasiadłem przy stole, przy którym oprócz mnie i naszych praktykantów, były tylko młode kobiety. Ale tak naprawdę uświadomiłem to sobie dopiero później, kiedy jedna z nich wspomniała, że dziś jest Karva Chauth. Hinduskie święto zamężnych kobiet.
Święto? u nas to się kojarzy z suto zastawionym stołem. Ale w Indiach mamy przecież patriarchat w czystej postaci. Kobieta, która miała szczęście wyjść zamąż (a biorąc pod uwagę jak to się odbywa, to raczej “być wydaną za mąż”), a także – choć nieobowiązkowo – także i taka, która dopiero się zaręczyła, przez cały dzień modli się za swojego męża / narzeczonego, nie przyjmując w tym czasie ani pokarmu, ani wody. Ścisły post rozpoczęty o wschodzie słońca mogą zakończyć dopiero po wschodzie księżyca, kiedy to rytuał nakazuje im przyjąć pierwszą porcję jedzenia z ręki małżonka. Dopiero po tym symbolicznym geście, mogą – już normalnie – dokończyć posiłek. I tak co roku, na przełomie września i października, czwartego dnia po pełni.
Post (posłuszeństwo) jest przynajniej podobno szczodrze wynagradzany drogim prezentem od męża.
Drogie feministki, w Polsce chyba nie jest już chyba tak źle, jak się patrzy z tej perspektywy…





nie no, faktycznie, nie jest zle…
ale wytlumacz mi – po co one poszcza? post jako wyrafinowana nagroda w postaci kary, za ktora bedzie nagroda, tak?;) a moze to po prostu oczyszczajaca glodowka, a maz od razu dorabia ideologie, ze tak cierpia dla niego…