Ostatnia z obiecanych notek po podróży do Azji Południowo-Wschodniej. Oto co najbardziej utkwiło mi w pamięci.
- Tarn w Bangkoku. Tej pani już poświęciłem paragraf.
- Objazd na rowerze po polach ryżowych i wzgórzach wokół Chiang Mai. Jak na profesjonalistę przystało – kolega jechał autem, a ja za nim na dwóch kółkach.
- Slow Boat, czyli najwolniejsze dwa dni w moim życiu. Spływ łódką po Mekongu i gapienie się na dramatycznie zmieniający się krajobraz bez śladu cywilizacji.
- Charlotte – panienka z okienka. Nie niemiecka Niemka, która oszczedzała każdego grosza (centa) i podróżowała bez planu i deadline’u. Podróżowaliśmy razem przez 5 dni, razem moknąc na skuterze w tropikalnej ulewie na Boleavan Plateau (gdzie przez nadmiar niespodziewanej wody nie zobaczyliśmy ponoć cudnych wodospadów, ale za to spędziliśmy ponad godzinę oprowadzani przez pewnego staruszka o jego wiosce, słuchając opowiesci brzmiacych pieknie, ale nie zrozumiale w laosianskim narzeczu), obserwowaliśmy delfiny na Mekongu, zgubiliśmy się w lesie na rowerach bez świateł i byliśmy pierwszymi gośćmi ever w restauracji w Phnom Penh.
- Przekraczanie granicy z Laosu do Kambodży bez pewności że wydają tam wizę i z odliczonymi 23$ na opłaty (20$ za wize, a potem po 1$ za różne pieczątki.) Gdyby nie fakt, że miałem ze sobą żółtą książeczkę z dokumentacją szczepień, musiałbym zapłacić jeszcze jednego dolara za pieczątkę świadczącą, że jestem zdrowy. Swoją drogą – to prawdziwa magia. Płacisz dolara i już jesteś (według Kambodżańskiego rządu) zdrowy i odporny na wszystko. Cud! Szkoda, że nie wiedziałem tego jak płaciłem za szczepienia w Polsce…
- Wiza do Tajlandii. Czyli jak popisać się głupotą i jeszcze na tym skorzystać. O tym było w osobnym wpisie.
- Wpadanie na brytoli. No, może nie stricte brytoli, bo brytol był jeden, a reszta z USA, Australii, Izraela itp., ale i tak było zabawnie. Począwszy od Luang Prabang na północy Laosu a skończywszy w Sihanoukville na południu Kambodży prawie trzy tygodnie później, wciąż wpadałem na tą samą podróżniczą paczkę, która zwiększała się niczym kula śnieżna. Wiecznie pijani/spaleni, wiecznie zaspani i spóźnieni, totalnie zrelaksowani i szaleni. Dawno mi się tak dobrze nie imprezowało i … gadało o literaturze…
- Red i Bhunt – o tym też było osobno.
- Garden Village Hostel w Siem Reap – czyli pokój za 3 dolary ze zwiniętym w moskitiere pakunkiem gandzi po poprzedniku (przekazanym dobroczynnie wspomnianej wyżej ekipie), darmowy bilard, piwo za 50 centów, właściciel robiący darmowego grilla dla wszystkich mieszkańców, szalona kanadyjka znająca wszystkie gry świata i mająca więcej tatuaży niż Beckham i jego żona razem wzięci i pobyt przedłużony prawie dwukrotnie. Odwiedźcie koniecznie jeśli będziecie.
- Imprezy w Chivas Shack w Sihanoukville. Muzyka do 5 nad ranem, pokazy (i nauka!) żonglowania ogniem, wyzywające kambodżanki polujące na falangów,wszyscy turysci Kambodzy, darmowe drinki co pol godziny lub pod byle pretekstem, kapiele w morzu przy ksieżycu, lady-boye i kolorowi geje (w tym szwedzki gej – milioner z rikszą w barwach szwedzkiej flagi i hi-end karaoke na tylnym siedzeniu).
- Angkor. I kropka.
- Jedzenie w Kambodży. W ciągu 2 tygodniu spróbować ok. 30 potraw i owoców o których się wcześniej nawet nie słyszało? Za wszystko inne zapłacisz kartą (na targu tylko gotówka).
- Spanie na tarasie na dachu francuskiej mini-kolonii w Phnom Penh.
- Laoskie trunki. Beer Lao – najlepsze piwo Azji, Lao Lao – lokalna „whisky” czyli najtańszy alkohol Azji (circa about 50 centów za butelkę 0.7, ale lokalsi częstują za darmo przy każdej okazji) i przedziwne nalewki na wężach, skorpionach i gigantycznych stonogach.
- Slow Motion w Laosie. Szukanie rikszarza, który łaskawie cię przewiezie, kobieta, która płynęła slow boat na porodówke (z przypiętą już kroplówką! – choć i tak w Kambodży przebił ją kierowca motoru, którego kroplówkę podtrzymywał pasażer…) i dziesiątki innych dowodów na to, że Laos to najbardziej zrelaksowany kraj świata.
- Piknik z gotowaniem jajek w gorących źródłach. Tak – takie fascynujące sposoby spędziania czasu wolnego mają Tajowie w Chiang Mai.
- Ślizganie się w naturalnej zjeżdżalni w jednym z wodospadów niedaleko Chiang Mai, ale przede wszystkim – kąpiel u szczytu lazurowego wodospadu w Luan Prabang, gdy mocząc się w wodzie można spojrzeć jakieś 100m w dół, jak strumień wypływający z jeziorka w którym pływasz rozbija się wśród skał lasu deszczowego.





Respecta! =)
i co ja jeszcze robie we Wroclawiu…
pozdro!;)
mnie przekonałeś ‘:) Już niedługo sprawdzę te wszystkie miejsca!
)) pzdr!