Ok, czas najwyższy dokonać rozliczeń powyjazdowych.
Ostatnimi czasu blog milczał, bo mnie nie było. Miesiąc w Azji Południowo-Wschodniej, dziesięć dni w Himalajach, to wszystko nie sprzyja pisaniu. Ale sprzyja zbieraniu tematów
Zacznijmy więc uzupełniać.
Na początek, wracamy do Kambodży, gdzie poznacie dwie niezwykłe historie dwóch młodych mężczyzn. Tak podobne, a tak różne. Poznajcie Reda i Bhunt.
Siem Reap, czyli turystyczna przystań dla watah odwiedzających Angkor Wat. Miasto hoteli, hosteli, pubów i restauracji. Trochę też salonów masażu i ulicznych prostytutek. Żadnych atrakcji więcej. Po co ? Angkor wystarczy.
Zwiedzanie Angkoru może trwać dzień, trzy lub tydzień, zależnie od wykupionej wejściówki. Mi dzień wystarczył – oglądanie dziesiątek świątyń, jeśli nie ma się wiedzy i chęci by analizować każdą rzeźbę z osobna może być nieco męczące. Na szczęście, zawsze można wziąć rower i pojeździć po okolicznych wioskach. I tak też uczyniłem.
Tocząc się powoli na dwóch kółkach w stronę pływającej wioski na daleko wycofanym jeziorze (pora sucha…) usłyszałem po mojej lewej stronie dzwoneczek i jakże znane z Indii “Hello Ser, hał arr you?”. Może bez akcentu, ale …
Obok jechał młody mężczyzna, na rozpadającym się nieco rowerze. Najwyraźniej chciał porozmawiać. Nie miałem nic innego do roboty więc podjąłem konwersację, licząc po cichu, że może mój przyjaciel będzie potrafił załatwić łódkę za mniej niż 20$, bo cena oficjalna nieco była odstraszająca. To się wprawdzie nie udało i z łódki nici, ale zyskałem przewodnika na najbliższe dwa dni.
Na imię mu Red. Jest najstarszym spośród 11 rodzeństwa. Widziałem jego dom – jednoizbowy barak na palach na brzegu rzeki, gdzie wprawdzie jest telewizor, ale często ryżu brak, a łóżko przysługuje jedynie rodzicom, którzy żyją głównie ze zbierania i sprzedaży puszek. Red jest byłym mnichem, w pomarańczowym habicie spędził dwa lata swojego życia, poznając w tym czasie podstawy angielskiego i szczegółowo cała Buddyjską mitologię. Zabrał mnie do swojego dawnego klasztoru, gdzie obie umiejętności zaprezentował objaśniając mi malowidła na ścianach pagody.
Red marzy, by mówić płynnie po angielsku i pracować kiedyś w turystyce, zarabiając 250$ miesięcznie. Dziesięć razy więcej niż dostawał jako kelner w jednej z knajp za 10h pracy dziennie. Dzień w dzień.
Razem z Redem zwiedziłem okoliczne wioski, zagubione w czasie bambusowe chatki wśród zielonych pól ryżowych. Odwiedziliśmy jego rodziców i dziadków, pojechaliśmy do odległej od miasta o 50km zagubionej w dżungli świątyni, w której – jeśli dobrze zrozumiałem – kręcono część Tomb Raidera. Red wytłumaczył mi jak jeść różne przedziwne włochate owoce, choć angielskich ich nazw nie znał, z nim spróbowałem pasikoników i mrówek, bambusowego ryżu i różnych innych rzeczy. Był mi przewodnikiem i przyjacielem przez dwa dni, nie prosząc o pieniądze. Chciał tylko poćwiczyć angielski. Na końcu jednak, z wyraźnym zażenowaniem, poprosił. Poprosił o to, czy mógłbym mu kupić słownik The Great Oxford Dictionary. Niestety – nie byłem w stanie, bo to wielka i droga bestia, kosztująca tyle co mój budżet na kolejne 4-5 dni, a i tak już czerpałem z karty kredytowej. Ale dorzuciłem swoją cegiełkę. Mam nadzieję, że uzbiera i z jego pomocą zostanie przewodnikiem. Byłby w tym świetny. A może nawet pójdzie jeszcze na studia?
Bhunta poznałem w Sihanoukville, nad morzem na przeciwnym końcu Kambodży. Właściwie nawet nie w Sihanoukville, a w autobusie tam. Zaczęło się od owocu lotosu. Od dawna chciałem spróbować, ale nie wiedziałem jak to jeść. Bhunt stał za mną w kolejce do straganu na jednym z postojów i wytłumaczył co i jak. Potem rozmawialiśmy w drodze do – jak się okazał0 – jego rodzinnego miasta. Po około godzinie zaprosił mnie, bym mieszkał u niego w domu przez czas pobytu. Czemu nie, powiedziałem.
Bhunt to Kambodżanski Kopciuszek. Długo mi zajęło, żeby poskładać jego historię w spójną całość z fragmentów które rzucał w rozmowie. Jak Red pochodzi z ubogiej rodziny, jak mówi – jego dom był jednym z najbiedniejszych we wsi. Jak Red ma 11 rodzeństwa, choć nie jest najstarszym synem. Ale inaczej niż Red, nie musi już zbierać na nic.
Bhunt ma 29 lat, gwiazdka z nieba spadła do niego 4 lata temu. Pracował (jak Red) jako kelner w hotelu. Jego rodzina wprawdzie nieco się wydźwignęła za sprawą starszego brata, który nauczył sie angielskiego i własnym wysiłkiem zdołał osiągnąć całkiem niezłą pozycję w hotelowym biznesie (dziś jest managerem w jednym z najlepszych hoteli w mieści i zarabia 2000$, kosmiczne pieniądze jak na Kambodżańskie warunki). Ale wciąż jeszcze daleko do , nawet ubogich, europejskich standardów. Ale Bhunt był inny niż jego koledzy. Obsesyjnie czysty, uparty, pracowity. Uczył się angielskiego wiedząc, że to jego największa szansa. Mimo, że był tylko zwykłym kelnerem, rozstawiał swoich kolegów po kątach dbając, by restauracja lśniła czystością i nikt nie czekał na obsługę. Jednym z jego gości był pewien starszy Niemiec. Po krótkiej rozmowie, zaproponował spotkanie. Bhunt zareagował nieufnie – “nie jestem gejem”. Naturalna reakcja młodego chłopca w takiej sytuacji. Ale nie o to chodziło.
Kilka miesięcy później Niemiec, który miał dwie córki ale nie doczekał się syna, zaadoptował dorosłego już Bhunta. Przelał mu na konto kilkaset tysięcy Euro, pochodzących z jego prowadzonych na całym świecie biznesów w prywatnej bankowości, i zakazał pracować. Zamiast tego, Bhunt miał przyjechać do Niemiec i nauczyć się języka, podszkolić też Angielski, potem może zrobić studia lekarskie lub prawnicze. Słowem – zacząć życie na nowo. Dostał dom, samochód, dwa motory. Jego życie, a wraz z nim życie jego rodzeństwa i siostrzeńców, odmieniło się jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki. Dziś Bhunt jest jednak w kropce. Przybrany ojciec przestał go sponsorować, zdenerwowany faktem, że Bhunt po raz kolejny zgubił swój paszport i nie może przyjechać do Niemiec. Chce wrócić do pracy ale nie może, bo nie ma jeszcze papierów ze szkoły językowej ani zrobionych studiów więc dobrej posady nie dostanie, a na powrót do pracy jako kelner nie pozwala mu już godność i pozycja w mieście. Ale jego przyszłość wciąż jest jasna. Z ojcem zapewne się pogodzą, a nawet jeśli nie – może sprzedać dom i kupić restaurację, która w nadbrzeżnym kurorcie napewno wkrótce się zwróci. I ma oparcie w rodzeństwie, które również wydźwignęło się z nędzy.
Chciałbym, żeby się poznali. Red i Bhunt, dwie strony jednego medalu. Może mogliby sobie pomóc. Red podzieliłby się energią, nadzieją, wiarą i skromnością, które Bhunt zagubił po drodze, wyrwany ze swoich korzeni przez zbyt dobry los. Bhunt mógłby Redowi kupić słownik, a może i kurs języka i pomógłby poznać mu ludzi, którzy pozwolą mu zdobyć wymarzoną pracę. Tylko jak się znajdą? Red nie ma telefonu, nie obsługuje internetu, pewnie nie ma nawet adresu pocztowego. Jedyny sposób, by go znaleźć, to przejechać się na rowerze na przedmieściach Siem Reap i liczyć, że podjedzie do Ciebie i zagada “Hi Sir, how is your day?”
…




