No tak, zanim ktokolwiek zacznie sie ze mnie wysmiewac, przyznaje – raz (na szczescie tylko) na tej wyprawie okazalem sie kompletnym kretynem.
Zanim jeszcze wyjechalem, koleg ktory byl w tych rejonach ostrzegl mnie, ze na jednej z granic nie ma wizy na wjezdzie. Nie wiem czemu, ale ubzduralo mi sie, ze to nie jest zadna z granic ktore planowalem przekroczyc. Pewne watpliwosci mialem co do granicy Laos-Kambodza, i to sprawdzilem dokladnie. Ale Tajlandia? Przeciez juz tam bylem, dali mi wize w 3 minuty na lotnisku, no a poza tym – to mialem przekroczyc najwieksze (Poipet) przejscie jakie tylko jest, wiec NA PEWNO nie chodzilo o to…Weryfikacje ograniczylem wiec do pytania w agencjhi turystycznej gdzie kupowalem bilet czy nie bedzie na granicy problemow z wiza i odpowiedz ze “nie”uznalem za calkowicie wystarczajaca. Wsiadlem wiec w äutobus”i ruszylem na Koh Chang (gdzie dzis przebywa N.). Dotarlem do granicy, przeszedlem wszystkie formalnosci i gdy juz wydawalo sie ze tylko trzeba przekroczyc bramke zadalem sluzbistce pytanie, ä gdzie dostane pieczatke z wiza?. Popatrzyla na mnie zdziwiona i powiedziala, ze.. w Phnom Penh, w ambasadzie. I ze na zadnym przejsciu z Kambodza nie ma wizy na wjezdzie. Wsiadlem wiec w taksowke za ktora oczywiscie slono przeplacilem (swoja droga maja chyba takich jak ja na peczki, bo widzac mnie wracajacego z plecakiem od razu pieciu kierowcow ustawilo sie pytajac “No Thai visa, Thai embassy Phom Penh sir? No bus today, tomorrow”, zeby jeszcze tego samego dnia byc w Phnom Penh i rano zlozyc podanie o wize, ktora zazwyczaj wydaja juz nastepnego dnia.
Na szczescie mialem w PP nocleg (god bless couch surfing!) i kilku zaznajomionych wczesniej podroznikow, wiec wieczor uplynal mile i bezproblemowo. Z ranca udalem sie do ambasady, wypelnilem papierki z absolutna pewnoscia siebie potwierdzona krotka wymiana zdan z pewnym brytyjczykiem stojacym za mna (Did he say Tuesday? – Well, maybe, but they don’t really speak English here, I’m sure he meant Thursday, tomorrow) zignorowalem stwierdzenie pana w okienku ze wize dostane we wtorek i poszedlem do kolejnego okienka zlozyc papiery. Napisanej czerwonymi literami kartki zignowowac sie juz nie dalo. “Wszystkie podania zlozone od srody do piatku zostana rozpatrzone do wtorku, w przyszlym tygodniu”. Termin odbioru – `15.00pm. Moj lot z Bangkoku – 13.30. Great.
Poprzeklinalem troche z innymi rownie zszkokowanymi aplikantami i poszedlem przebookowac bilet. Oczywiscie – nie poszlo jak z platka. Kiedy w koncu dodzwonilem sie do Make My Trip i wyjasnilem milej Pani co wlasciwie chce zrobic okazalo sie, ze moja indyjska karta, ktora uzywalem wczesniej juz dwa razy w transakcjach z tym biurem, nie dziala. O malo sie nie zalamalem, bo na polskiej karcie czystki a “pseudo-kredytowej”" z mBanku jeszcze mi sie w zyciu w transakcjach internetowych uzyc nie udalo. Czyli jestem ugotowany, pomyslalem, ale niedowierzajaco podyktowalem numery…
- Transakcja zakonczona pomyslnie.
- Nie wierze!
- Slucham??
- Nic, nie wazne. Dziekuje bardzo. czyli e-ticket dostane na maila?
- Tak. Jeszcze dzis.
Sroda, czwartek, piatek. karta obciazona a na mailu nic. Probuje dzwonic – rachunek 3 dolary za wysluchanie melodyjki. Nikt nie odbiera. Prosze Nati – nikt nie odbiera jej telefonu. W koncu w niedziele dodzwonila sie Kasia, powolujac sie na szefa gurgaonskiego oddzialu Make My Trip zrugala biuro obslugi i zalatwila bilet na mojej poczcie jeszcze tego samego dnia. Teraz pozostalo tylko wybrac sie do ambasady odebrac wize. Ja i setki murzynow, bo poza ktorka lista krajow z Europy Wschodniej na ktorej mielismy nieszczescie sie znalezc, tylko Afrykanczycy potrzebuja wizy do Tajlandii.
Odczekalem wiec swoje w kolejce i odebralem paszport. Nerwowo przekartkowalem strony prawie pewny ze z jakiegos idiotycznego powodu znajde pieczatke “Visa not granted”, ale na szczescie znalazlem wlasciwa. Moge jechac. I tylko rzut oka na date… 27 Maja. Tego samego dnia ktorego zaaplikowalem.
Jakie to szczescie, ze czas oczekiwania spedzilem tak milo jak spedzilem, bo wrocil bym z nozem…
(o czasie oczekiwania, kambodzanskich gejach, ladyboyach, khmerze adoptowanym przez Niemca i innym, ktory zbiera na Oxford dictionary zarabiajac 10$ miesiecznie w nastepnym odcinku…)




