Kambodża. Najbardziej wibrujący życiem fragment wycieczki. I choć czuje, ze jedynie liznąłem powierzchnię, to trzy rzeczy wydaja się oczywiste To kraj skąpany w blasku swojej największej atrakcji – Angkor Wat i kompleksu okolicznych świątyń. Ale słońce Angkoru wciąż jeszcze nie do końca wychynęłło zza chmur czerwono-khmerskiej rewolucji. Niby Pol Pota już nie ma, ale wszechobecne sierocińce, miny porozrzucane w lasach (nie wolno pod żadnym pozorem schodzić ze scieżek!) i widok owych min ofiar nie pozwala zapomnieć.
Szczególne wrażenie robią Pola Śmierci pod Phnom Penh. Jedno z kilku tysięcy miejsc gdzie szajka Pol Pota zabijała wszystkich “wrogów rewolucji”(czy byli tego świadomi czy nie). Na środku Killing Fields stoi niewielka pagoda, wypełniona po dach czaszkami ofiar. Wokól rozciąga się przyjemny park ze stawem. Żadnych więcej wstrząsających pomników, zdjęć… nic. Tylko dziury w ziemi, z których co poniektóre opisane są skromnymi tabliczkami. “Tu był masowy grób 150 osób, głównie kobiet i dzieci, które znaleziono bez ubrań”. (ukłon w stronę dr. Wolskiej – jak należy projektować miejsca pamięci?)
Natomiast Angkor… Cóż, zawsze miałem w głowie obraz zapomnianych i zagubionych w dżungli i porośniętych drzewami świątyń. No i tak tez jest, tyle ze dojeżdża się do nich chyba najlepsza droga w Kambodży, po uiszczeniu słonej opłaty 20$ za dzień zwiedzania na bramce, która wygląda jak na autostradzie… Nawet na wschód słońca, nawet “po sezonie” i tak turystów wystarczyło, by wypełnić (ogromny) głowny dziedziniec Angkor Wat. Nie będę się rozwodził nad świątyniami – powalają bez dwóch zdań, choć akurat nie Angkor Wat, a Bayon, ozdobiony kilkudziesięcioma wyrzeźbionymi w gigantycznej skali twarzami zrobił na mnie największe wrażenie. O tym, co znaczy Angkor dla Kambodży najlepiej jednak świadczy… targ. Koszulki, otwieracze do puszek, pocztówki – to oczywistość. Ale wizerunek świątyń zdobi puszki największego browaru, kawę, narodową flagę i … oj, można by wymieniać długo. Angkor = Kambodża. Bez dwóch zdań.
Ale wokół Angkoru buzuje życie. Niby równie leniwe co w Laosie, a jednak bardziej intensywne. Naród który przeżył traumę porównywalną chyba tylko z Holocaustem, w ostatnich latach budzi się do życia z niezwykłym optymizmem. Patrząc na te uśmiechnięte twarze i kompletne zaufanie jakie ludzie maja do siebie, trudno uwierzyć, ze niemal każda rodzina kogoś straciła…
Ale o tym w następnym odcinku, kiedy poznacie tez Reda, mojego przewodnika po Kambodży poza głównymi szlakami..




