Kilka notek już się pojawiło na ten temat, ale wciąż samą mnie zaskakuje jak bardzo nierealne jest moje życie w Indiach. Za nieduże pieniądze możesz mieszkać na strzeżonym osiedlu z basenem, siłownią i małym sklepikiem. Do tego trzeba doliczyć panią sprzątającą, która codzinnie myje naczynia, podłogi i ściera kurze. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz umyłam za sobą talerz.
Skoro wiemy już jak mieszkają ekspaci ( i to nie na super ekspackich kontraktach, tylko w większości praktykanci), to teraz warto przedstawić to jak ekspaci się bawią. Pomimo tego, że Delhi liczy ok 20 mln mieszkańców kluby, do których można wyjśc można policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego co czwartek lądujemy w niejakim Urban Pind na expat party- czyli imprezie dla białasów, którzy mogą się poczuć jak w Londynie, bo liczba Indusów jest ograniczona. Cel takich imprez jest jeden, nie oszukujmy się. Sfrustrowani ekspaci moga się poczuc jak w domu, “wyrwać” conieco, jesli mają szcęście “zmatchować” się na kilka miesięcy. A jaka jest alternatywa dla UP? Proszę bardzo- impreza w klubie w 5-gwiazdkowym hotelu. Jesli jesteś ekspatą możesz przyjśc nawet w sandałach i skarpetkach ( co nasz uroczy kolega zwykł czynić) i i tak cię wpuszczą za niższą stawkę niż odstawionego Indusa.
Ok, a co ekspaci robią po imprezach? Idą do innego 5-gwiazdkowego hotelu, żeby pomoczyć się w basenie, napić wina i zjeść lunch – wszytko w pakiecie. Po całodziennym “plażowaniu” można jeszcze spalić jointa z innym zblazowanym ekspatą i weekend można uznać za udany.
A gdzie ekspaci jeżdżą na wakacje. Cóż, przez ostatni tydzień zastanawiałyśmy się ze współlokatorką czy aby Tajlandia nie jest zbyt popularna, bo przecież wszyscy tam jeżdżą. Dlatego K. wpadła na pomysł, że pojedziemy do Nowej Zelandii i na Fidżi. Kompletna rozpusta.
A pomimo tego wielu ekspatów nie jest szczęśliwych. Ostatnie weekendy spędzają w domach, leżąc na łóżku z włączoną klimatyzacją (ponad 40 stopni na zewnątrz) i nie robią nic. Nie chce im się wyjść z domu na jedyny fajny cykl imprez, jaki odbywa się w Delhi. Rolują kolejne skręty i oglądają głupie filmy w nadziei, że coś się wydarzy.
Ja jednak, pomimo tego że dopiero zdjęli mi gips z nogi wybieram się do “zbyt popularnej” Tajlandii po nową… wizę. Zepsucie mi służy.




