Ok. Maly update. Po pierwsze – bedzie bez polskich znakow. Niech ziemia i niebo wybacza. Tym wpisem zapoczatkowujemy krotka serie bloga w blogu. Czesc duetu opuscila Indie na chwile by udac sie w samotna (ale nie samotnicza) podroz po Azji Poludniowo Wschodniej, a dokladniej niewielkim jej wycinku – Tajlandia, Laos, Cambodia. Mam miesiac czasu, podroz stricte backpackersko-budzetowa, z wykorzystaniem couch surfing (czyli spania na kanapach przeroznych przemilych ludzi za free) i bez konkretnego planu. Wiem tyle co i Wy – wyladowalem w Bangkoku 4 maja i 2 czerwca z tamtad wylatuje. I chce zobaczyc Angkor Wat. Poza tym wszystko sie moze zdarzyc
Na przyklad to co kilka dni temu na dworcu w Bangkoku, gdzie przybylem z planem jechania na poludnie (na Ko Tao) troche ponurkowac w morzu, a wyladowalem z biletem na polnoc, w podgorskie Chiang Mai…
Wpis pierwszy nadajemy z Laosu, tuz zza granicy z Tajlandia. I tej wlasnie bedzie dotyczyl.
Alors!
—–
Bangkok. Miasto z mokrych snow samotnych mezczyzn. W ciemnych zakamarkach czaja sie prostytutki (podobno) za dolara, a w nieco jasniejszych (ultrafioletem) salonach masazu mozna zakosztowac przyjemnosci bycia wymydlonym mlodymi piersiami przez rozkoszna Tajke za cenelepszego drinka w londynskim pubie. Nic dziwnego, ze od przeszlo pol wieku (mniej wiecej od wojny w Wietnamie) sex turystyka kwitnie.
Wystarczy spojrzec na ulice. Wiekszosc turystow to mezczyzni, ktorym trzydziestka dawno juz temu przygiela karku i przyprawila brzuszka. Najgorszy rodzaj meski – podupadly maczo, z pomarszczonym tatuazem na zbyt wydajnym, zbyt owlosionym i – przy tym wszystkim – stanowczo zbyt odslonietym brzuchu. W koszulkach najgorszego rodzaju i z farbowanymi wlosami, czasami dluzszymi z tylu mimo lysiny na przedzie. Esencja meskosci z portowego baraku. Twarz mowiaca wszystko (przegralem zycie na facebooku.) Twarz mowiaca “I’m big in Thailand”.
Reka opleciona na talii wiotkiej tajki, przewaznie w zbyt krotkich szortach i z byt mocnym makijazu. Majacej 20, moze 40 lat (jak mowi Tarn – Pewnie wlasnie dlatego falangi nas tak lubia – bo dla nich zawsze wygladami mlodo. Az przekroczymy granice, i wtedy nagle wygladamy na staruszki. Ale tego nikt im nie mowi. O Tarn zaraz bedzie wiecej).
Czesc z nich to prostytutki. W przeciwienstwie do Europy, tu mozna wejsc do go go i wyjsc z dziewczyna, ktora potem zostanie z Toba przez dzien, dwa, tydzien. Bedzie wiecej niz szczesliwa, jesli zabierzesz ja ze soba na wyspy poludnia. Moze nawet nie bedziesz musial jej juz wiecej placic za towarzystwo – wystarczy, ze okazesz wdziecznosc stawiajac sniadania, obiady, kolacje i drinki. A ona okaze wdziecznosc Tobie, nie wazne ze po angielsku zna pewnie dwa zdania. Porozumiecie sie.
Wiele z nich jednak nigdy nie oczekiwalo pieniedzy. To te, ktore mozna zobaczyc z nieco mniej obskurnymi typami. Nieco mlodszymi, schludniejszymi, przystojniejszymi. Czesto nie wygladajacymi na takich, ktorzy moga sobie pozwolic na finansowanie kobiety przez kilka dni. A jednak to one ich szukaja. Bo Tajlandia to dziwny kraj. Kraj nieszczesliwych kobiet. Kraj, w ktorym jest ich wiekszosc (tak mowia ludzie, zreszta wystarszy spojrzec na ulice – statystyk nie znam), a ci mezczyzni, ktorzy sa to czesto a) mnisi b) geje (zwlaszcza w Bangkok) c) zyciowi nieudacznicy. Tajscy mezczyzni nie stanowia konkurencji, byc moze rozpuszczeni nadmiarem. Tymczasem tajskie dziewczyny (chyba) maja swiadomosc, ze toczy sie walka. Na krotsze spodniczki, seksowniejsze topy, lepiej dobrany makijaz i bardziej powalajacy usmiech. One wiedza jak byc sexy i nie maja oporow przed tej wiedzy wykorzystaniem. Zwlaszcza w stosunku do falangow (obcokrajowcow) o ktorych wiedza, ze przeciez ci i tak sadza, ze sa sexy.
Tarn jest i nie jest jedna z nich.
29 lat, urocza i inteligentna, wyksztalcona w Londynie, pracujaca dla jednego z najlepszych pieciogwiazdkowych hoteli w Bangkoku jako sales manager. Wlasnie usunela tatuaz z kostki, ale planuje kolejny – na plecach.
Rok temu kupila niewielkie (60m) ale bardzo eleganckie mieszkanie w kompleksie z sauna, basenem, silownia i prywatna riksza podwozaca mieszkancow do metra kiedy nie chca brac samochodu. W garazu stoi kupiony w zeszlym roku wiecej niz przyzwoity samochod. W glowie plany zmiany mieszkania na lepsze i otwarcia eksluzywnego resortu gdzies na polnocy, w gorach. W mieszkaniu podwojne lozko z baldachimem w ktorym spi tylko ona. Tarn jest esencja Sexu w Wielkim Miescie Azji. Kobieta sukcesu, atrakcyjna i wciaz jeszcze (ma jeszcze jedne walentynki nim przekroczy 30) mloda, a jednak samotna. Uwaza ze tajowie to looserzy, a falngi przyjezdzaja po latwy sex. Bawi sie wiec kiedy chce, jak w piosence Sinnette O’connor kiedy chce i jada w najlepszych restauracjach ze swoim najlepszym przyjacielem gejem i najlepsza (samotna) kolezanka, tez managerka w ekskluzywnym hotelu. I wciaz marzy o rycerzu na bialym koniu. Jedyna rzecz ktorej jej jeszcze w zyciu brak. Bo wiesz, ja jak naTajke, to juz jestem stara na malzenstwo.
I tylko w trakcie rozmowy splawia trzech sms-ujacych adoratorow (w tym jednego Indusa), bo przeciez trzeba miec honor i nie mozna popadac w desperacje (zeby tak z kazdym).
Bo Tarn sobie zawsze poradzi. Nawet jako stara panna i tak bedzie zadowolona z zycia. A smutki mozna zawsze utulic w tej samej ( od 10 lat zabieranej wszedzie) poduszce.
(Tarn byla jedna z osob u ktorych nocowalem dzieki Couch Surfing. Nie tylko przenocowala mnie w Bangkoku i korzystajac z wolnego – w Tajlandii w Maju maja wiecej swiat niz my- oprowadzila mnie po miescie, ale jeszcze skontaktowala mnie z przyjacielem w Chiang Mai, ktory przez trzy dni przenocowal mnie i oprowadzil po polnocy kraju. )





Swietnie się czyta ta notke, jak fragment reportażu z GW.