Wielkanoc 2009 to prawdziwy kataklizm.
Cofnijmy się nieco w czasie. Poniedziałkowe popołudnie, siedzimy sobie wieczorem przy piwku i analizujemy plany na nadchodzący weekend. Do Kaśki ma przyjechać koleżanka z Polski i razem z Nati w trójkę wybierają się na niemal tygodniowy, dziewczyński wypad na gorące Goa. Ja wyjeżdżam do Dharamsali, odwiedzić śniegi i Dalai Lamę. Karol planuje bike trip “gdzieś”.
Sobota rano, czyli dziś.
Kasia z Eweliną wyjechały z dwudniowym opóźnieniem na Goa, dopłacając do tego kilka tysięcy rupee i złotych za przebookowane last minute bilety, bo Ewelina na godzinę przed wylotem zorientowała się, że … do Indii trzeba wizy. Jakimś cudem udało się jej wizę zdobyć, ale nerwów, czasu i kasy nikt nie odda.
Natalia leży w łóżku w domu ze złamaną we wtorkowy wieczór nogą. Karol z Pallavi, zamiast na bike tripie, też w domu – robi Natalii śniadanie. Dlaczego – to już nieco bardziej skomplikowane i objęte tajemnica.
Ja – w Dharamsali, do której dotarłem z 3h opóźnieniem z powodu zawału serca jakiego w drodze doznał konduktor autokaru, siedzę w hotelu i czekam na śniadanie, którego nawet nie wiem czy powinienem jeść, bo dorwały mnie (po raz pierwszy w Indiach – czyżby mój organizm uznał, że bez jednego delhi belly pobyt na subkontynencie będzie niepełny?) kłopoty żołądkowe. Podobnie zaległa druga koleżanka. Reszta ekipy wspina się właśnie do linii śniegu…
Wesołych świąt…





Uuuuu widac zlamane nogi to tegoroczna tradycja wielkanocna… Zyczymy Nati szybkiego powrotu do formy!
Pozdrawiamy z Udaipuru – juz prawie wyleczeni z tajemniczej rajastanskiej goraczki – A&P
ale tu posucha;) pozdro
bo N. miala cos napisać a ja sobie obiecałem, że nie napiszę, póki ona się nie wywiąże.
n_kopec (at) o2.pl możecie ja wszyscy podopingować bo jak zwykle się leni
a czasu ma dużo z tą nogą