Poprzednia notka dość przygnębiająca, wiec co by nie było że tak źle jest, teraz coś pozytywnego. Choć zaczniemy przygnębiająca też

u59 – brzmi jak numer niemieckiej łodzi podwodnej, i coś w tym jest. Zanurzony w samym środku “średniej” dzielnicy Gurgaonu. [Średnia oznacza, że są tu niezłe domy, są też rozpadające się ruiny, są sklepiki i zycie na ulicy, ale też pełno krów i błoto zamiast asfltu - w "dobrych" dzielnicach jest więcej zielenii, równy asfalt i brak życia bo przeważnie sa grodzone, w gorszych - brak życia wynika z braku pieniędzy, domy trzymaja się na słowo honoru opierając jeden o drugi, a przejścia mają szerokość pozwalająca ledwo minąć się dwóm przechodniom. W dobrej pracuję, zła rozciąga się na zachód od domu. Jedna różnica in plus do Europy - zła wcale nie oznacza niebezpieczna - hindusi są raczej dobrotliwi (chociaż zdarzały się nie tak dawno wyjątki i religijne rzezie) i raczej nie tłuką się między sobą na ulicy i nie szukają okazji by komuś "wp....". Nie słyszałem też za wiele o kradzierzach - co najwyżej bardziej namolnie żebrzą.]
Tak więc u59 – trzypiętrowa, różowa kamienica, zanurzony jest w tę gęstą, spontanicznie wybuchającą przestrzeń urbanistycznego chaosu niczym niemiecka łódź podwodna na wodach obcych mocarstw. Niesie ze sobą trzydzieści istnień ludzkich – spontaniczną międzynarodówkę ze wszystkich kontynentów (za wyjątkiem Australii jak się zdaje). Trzech Polaków, 2 Niemców, Amerykanka, kilku Hindusów, Bułgarka, Dwoje Holendrów, Francuz I Francuzka, Togijczyk (tak to się odmienia), Kameruńczyk, Rumunka, Ukrainka, Hiszpan, Chilijczyk, Brazylijczyk, Szwajcar, Włoch, Chinka, i Bóg jeden wie kto jeszcze. Zgrany kolektyw otwarty na wszystkich nowoprzybyłych, pomocny i radosny. Większość również na praktykach, większość z AIESEC-u. Jedni na dłużej, inni na krócej. Zasiedziali od roku lub dopiero przybyli. Zakochani w Indiach lub szczerze ich nienawidzący. Wszystkich łaczą cowieczorne spotkania na dachu i miliony drobnych czynności, problemów, rozterek i rozrywek. Negocjacje z wlaścicielem, przerwy w dostawie prądu lub wody, drobne usterki, formalności, zakupy, gotowanie, wprowadzanie nowych, obgadywanie, imprezowanie i podróżowanie.
Zwłaszcza podróżowanie. Spora część wolnego czasu upływa na planowaniu przyszłych lub wspominaniu minionych wypraw. Średnio co drugi weekend cała ta gromada wyrusza na bliższą lub dalszą wyprawę – na jedną, do Amritsaru, już sie załapaliśmy (szczegóły wkrótce) – propozycję dostaliśmy godzinę po wprowadzeniu się…
Jest społeczność na facebooku, forum dyskusyjne, sa cowieczorne pielgrzymki po pokojach i wspólne kolacje na dachu. Bez nich – zwłaszcza zeuropeizowanych Hindusów (jak Gautam czy Maxwell) oraz zasiedziałych od ponad roku lokalnych “ekspertów” (Jak Francois), adaptacja byłaby niemożliwa. Nabyta wiedza oraz część wyposażenia pokojów) przechodzi bowiem z pokolenia na pokolenie, wraz z legendami o byłych mieszkańcach. Jedni przyjeżdżają, inni – wyjeżdżają, zostawiając po sobie w spadku bezcenne informacja jak np. gdzie kupić dyspenser do wody, gdzie nie kupować jedzenia i w ktorym banku najlepiej wymieniać pieniądze. A także jak rozmawiać z właścicielem, żeby osiągnąć swoje.
Cała ta społeczność świetnie rekompensuje niedociągnięcia – pokoju (trochę ciasny i nie najpięknięjszy, powtarzające siębraki prądu etc). Choć w sumie to nie ma co narzekać – oprócz sympatycznych (insektojednych gekonów) nie mieszka u nas za wiele stworów, jest woda i ciepła i zimna, jest telewizja kablowa (z HBO na przykład), klimatyzacja też jest i wiatrak pod sufitem. Jest tez spora lodówka i tylko pralki brak wlaściwie; Kuchenkę trzeba sobie dokupić samemu, ale kosztuje to grosze – zresztą i tak mamy ją obiecanąw spadku po Francois, który dziś właśnie organizuje pożegnalną imprezę na dachu…

Kto chce nam wysłać kartkę, oto adres:
U-block 59, 8/9, Phase III, Gurgaon 122002, Haryana, India ; Room 23





