Za kwadrans zacznie się ostatni dzień w Polsce. Trochę jest stres. Nati się boi o Indie, ja – o samą drogę tam. Czy limit bagażu się uda, czy zdążymy na samolot, czy znajdziemy się na dworcu we Frakfurcie i na lotnisku, czy samolot będzie ok, czy przejdziemy check-in, czy visa na pewno jest ok. Etc…
Strasznie dużo wydaliśmy na ten wyjazd. To nie tylko inny kontynent, ale równocześnie – tak naprawdę – pierwsza “oficjalna” praca. Oboje nie byliśmy dotąd przyzwyczajeni do pracy, w której na co dzień obowiązuje “formal suit”, a tu właśnie w takich lądujemy. Nie obyło się bez zakupów ciuchowych w związku z tym.
No i aparat – lustrzanka Nikon D40. Najtańszy z najlepszych – marzenie od kilku lat dostało kopa w tyłem i pod pretekstem “tam nie moge być BEZ” zostało zrealizowane. Do tego szczepienia, leki, i różne takie – wolę nie sumować. Byle przetrwać do sierpnia, wtedy wydatków ubędzie, a wpływów, i to znacznie, przybędzie.
Mam od Hareesha (świetny Hindus poznany w Marsylii) słonika na szczęście. Zastanawiam się czy wieść go do ojczyzny z powrotem. Chyba zostanie w Polsce, w końcu ma już obywatelstwo. Wezmę za to dużo grosików na szczęście i będe rozdawał.
Cóż. Rano kolejny checking list. I jeszcze jeden. I jeszcze…




