Ok. Trochę czasu minęło od poprzedniej notki. Nie żeby nie było o czym pisać. Otóż wręcz przeciwnie.
Przygotowania do wyjazdu działają zgodnie z prawem Murphego. Jeśli coś ma sie spieprzyć, to się pieprzy. Ale od początku.
Najważniejszą rzeczą jaką należałoby wspomniec, to fakt że wyprawa stała się dwuosobowa. N. dołączyła do godnego grona Delhowiczów jadąc do KW Conferences – firmy organizującej konferencje międzynarodowe. Więc jedziemy razem.
Tyle tylko, że po pewnym czasie radosnego oczekiwania na wspólny wyjazd do Delhi okazało się, ze moja firma planuje mnie wysłać na większą część stazu do Bangalore. Super, miasto świetne, kompletnie drugi koniec Indii, ale… nie taki był plan. Ostatecznie udało się znegocjować – większość stazu w Delhi, mniejsza w Bangalore i jeszcze wakacje w trakcie tego pobytu.
Ale to dopiero początek schodów. Dalej były problemy z wizą. Indie od kiedy jesteśmy w Schengen zaczęły sobie życzyć całej masy dokumentacji. I opłat za wizy. W naszym przypadku oznaczało to konieczność wpłacenia 299 złociszy (roczna wiza “innego typu”) oraz dostarczenia kompletu ORYGINAłóW dokumentów potwierdzających miejsce praktyki podbitych (sic!) przez ichnią Izbę Gospodarczą oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych. N. dostała wszystko szybciutko, ja na moje czekałem grubo ponad miesiąc. I jak się okazało – dostałem bez pieczątek MSZ, ale ambasada szczęśliwie to przeoczyła i wizę przyznała. Ale przeoczyli też coś innego. Pomieszali dokumenty i wbili N. wizę do firmy do której jedzie ktoś zupełnie inny – będzie więc musiała raz jeszcze udać się do Warszawy załatwiać wszystko.
Wszystkie te perypetie wizowe oznaczały, że przeciągneliśmy ponad miarę czas zakupu biletów. I w końcu jedyna opcja w naszym zasięgu finansowym jaka się ostała, to Gulf Air – lot z Frankfurtu przez … Bahrain. Jedynie 1300zł + koszt dojazdu do Frankfurtu. Mało komfortowo, ale względnie tanio przynajmniej. Ale i tu czaiła się niespodzianka. Po pierwsze – wg. naszego biura nie można było tych biletów wykupić w Polsce, bo linia nie ma tu podpisanych umów. Pojechalismy więc do Gorlitz. Tam – porozumiewając się po Polsko-Niemiecko-Angielsku dokonaliśmy zakupu. Ale dzień później dostałem info, że moja karta nie została zaakceptowana. Kolejny dzień spędziłem na próbach wyjaśnienia sprawy – bezskutecznie. W końcu – pożyczyłem inną kartę od znajomego, już na bank dobrą. Tyle, że przez cały dzień nie udało mi się do biura Gulf Air dodzwonić…
Co tam jeszcze było? Szczepienia, leki, etc. itp. Ale do tego jeszcze wrócimy.




