Feeds:
Posts
Comments

Gurgaon w Odrze

Było dopiero co o Himalajach w Motocyklu, to teraz zapraszam do kolejnej lektury. Reportaż wspólny – mój i Nat – ukazał się właśnie w styczniowym numerze “Odry”. Można troche lepiej zrozumieć będzie, w jak dziwnym miejscu rezydujem. Zachęcam ;)

Urzekła mnie ta historia.

Grupa wieśniaków mieszkających całkiem niedaleko ode mnie, w Haryanie, od 1982 roky próbowała doprosić się na kolei, żeby na przejeżdżającej przez ich miasto linii kolejowej postawiono stację. Bezskutecznie. W końcu zdesperowani chłopi wzięli sprawy w swoje ręce i zapytali, czy jeśli sami sobie stację postawią, to czy kolej łaskawie zgodzi się, by kilka pociągów się na niej zatrzymywało. “Nie ma problemu” – usłyszeli.

W ciągu dwóch lat zrobili więc zrzutkę i postawili sobie prostą stację, na której teraz zatrzymuje się 7 pociągów w obie strony – głównie łącząc wioskę z Gurgaonem i Delhi. Mają też własnego dróżnika i kasę biletową, a teraz myślą o unowocześnieniach i rozbudowie – np. postawieniu wiaty chroniącej przed deszczem i skrwarem.

Wzruszające! Cała historia dostępna tutaj.

A tak na marginesie – wielki postęp dokonał się w Gurgaonie. Auto rikshe są dostępne! ;) Do niedawna były jedynie zwykłe riksze (rowerowe) oraz duże auto riksze (kursujące na stałych trasach). No i taksówki. Jeszcze metro otworzą i normalnie da się żyć!

Swego czasu wstrzymałem się z publikowaniem relacji z wyprawy motorowej do Leh i Kaszmiru na blogu. Teraz wszyscy złaknieni szczegółów mogą poczytać w wersji drukowanej. Właśnie ukazał się blisko 10 stronicowy materiał z moimi zdjęciami w magazynie “Motocykl”. Na razie w kioskach, wkrótce pewnie także online. Enjoy!

Po dłuuuuższej przerwie powracamy do naszego cyklu pt. “Zjadamy reklamy w Indiach”. A dokladniej – dziś jemy banany.

Otóż jak wiadomo, w Polskiej puszczy króluje, a raczej występuje, Żubr. W przepastnych indyjskich puszczach i otchłaniach tutejszych telewizji, w roli Żubra występuje Słoń, maskotka banku IDBI.

Dziś w przerwie na lunch spostrzegłem to:

Co przypomniało mi reklamę, nad którą oboje z Natalią rozczulaliśmy się jeszcze rok temu, w naszym malutkim pokoiku w u59.

Jest jeszcze trzecia, którą póki co widziałem jedynie w internecie.

Urocze, nieprawdaż? I jesli chodzi o budowanie emocjonalnej więzi z marką… majstersztyk!

Smierc Made in India.

(wybaczcie brak polskich znakow)

W przeciwienstwie do “Made in China”, marka Indii kojarzy sie nieco lepiej. Prawdopodobnie pierwsze skojarzenia z produktami z Indii, to nie “tani masowy szmelc” a “etniczne, jakosciowe produkty”. Oczywiscie – do postrzegania “Made in India” na samochodzie jako znaku jakosci jeszcze daleka droga (choc Tata wprowadzajac rewolucyjne Nano, kupujac Jaguara i Pininfarine, zrobila duzy krok w tym kierunku), ale jak sie okazuje, uzywanie znaku “Made In India” juz teraz moze byc BARDZO kosztowne.

Szesciu chinskich handlowcow zostalo skazanych na smierc za eksport do Nigerii falszywych lekow na malarie opatrzonych znakiem “Made In India”. Falszywych, czyli pewnie zabojczych, i pewnie dlatego wyrok smierci spotkal sie w Nigerii i Indiach z przychylnym przyjeciem… W Nigerii – bo “teraz trudniej bedzie szmuglowac narkotyki w obliczu ryzyka kary smierci”, a w Indiach… bo “w wyniku naduzyc chinskich eksporterow ucierpial wizerunek Indyjskiego przemysl farmaceutycznego”.

Dura lex, sed lex?

A tak na marginesie – oto jak Tata Nano prezentuje sie na drodze.

26/11.

Dawno nie pisalem, a to dlatego, ze zycie teraz jest busy. Ale dzis jest wyjatkowy dzien. Dokladnie rok temu wydarzylo sie, co sie wydarzylo…

Jak sie okazalo, zamach w Mumbaju byl ostatnim ( z serii jedenastu w przeciagu kilku miesiecy) powaznym zamachem terrorystycznym jaki wydarzyl sie w Indiach. Dzis ochroniarze znow sa zrelaksowani, a rzad zajmuje sie innymi sprawami – przede wszystkim wojna z Maoistami, ktorych okresla “pojedynczym najwiekszym zagrozeniem dla Indii”. Czy napewno? Czy nie jest to czasem troche proba odwrocenia uwagi od innych rzeczy?  O tym bedzie osobny post. Moze w weekend – obiecuje go sobie od dawna…

Co zatem zrobiono, ze zyje sie nam w Indiach jakby bezpieczniej?  Odpowiedz brzmi – niewiele. Mianowany po zamachach minister spraw wewnetrznych – Chidambaram -  troche ujal za gardlo i wstrzasnal swoim resortem, tak ze dziala on sprawniej. Ale rewolucji nie bylo – ani taktycznie, ani technologicznie. Dyplomatycznie tez trudno mowic o jakims wielkim sukcesie – w koncu w sumie z Pakistanem niewiele osiagnieto.

Na dobra sprawe, chyba najwiekszym sprzymierzencem w walce z terroryzmem jest… wewnetrzny chaos w Pakistanie. Krotko mowiac – terroryscie nie maja teraz czasu zeby sie zajac Indiami…

A tymczasem – polecam lekture na temat tego, jak sie zyje w Mumbaju dzis, rok po zamachach. Ciekawe. A w ogole, to wesolego Swieta Dziekczynienia. Tak – tutaj obchodzi sie swieta globalnie ;)

 

Post za męża.

Jednego nie mogę Indiom odmówić. Nie przestają mnie zaskakiwać.

Dziś w kafeterii w porze lunchu było zaskakująco pusto, zresztą – podobnie jak w całym biurze. Do lunchu zasiadłem przy stole, przy którym oprócz mnie i naszych praktykantów, były tylko młode kobiety. Ale tak naprawdę uświadomiłem to sobie dopiero później, kiedy jedna z nich wspomniała, że dziś jest Karva Chauth. Hinduskie święto zamężnych kobiet.

Continue Reading »

(Reportaż, który napisałem na początku roku i nigdy się nie ukazał. Niech więc będzie chociaż na blogu.)

W Bangalore lider skrajnej prawicy grozi przymusowymi malżeństwami parom trzymającym się za ręce i żąda zamknięcia wszystkich pubów w mieście. W odpowiedzi tysiące kobiet wysyła mu różowe majteczki. W przededniu kolejnych wyborów do parlamentu, nowoczesność zderzyła się z tradycją w bitwie o tożsamość współczesnych Indii.

Continue Reading »

Przesiadka.

Same same but different. Tak zachwalają towar uliczni sprzedawcy, gdy nie mają dokładnie tego o co prosisz pod ręką, ale mają coś, co – jak sądzą – może to zastąpić. Nie zawsze to prawda, ale…

… zapraszam na Same Same (But Different), czyli jackowe (już tylko, bo N. się pakuje wkrótce) pisanie o Indiach po angielsku.

Tu też będzie, ale rzadziej.

Ot co.

Oki oki. Zrobiliśmy. Okazało się prostsze niż się wydawało, (zwłaszcza dla Frenchiego) i ja w tej prostocie trwam. Paradoksalnie jeżdżenie w Delhi jest trudniejsze niż przekroczenie drugiej najwyższej przełęczy świata, co uczciłem wczoraj mikro wypadkiem na śliskiej pomonsoonowej nawierzchni. Uspokajam – cały i zdrowy i bez zadrapań.

Tym razem odpuściłem sobie oralną ekscytację tematem, pozostawiając sprawę we wprawnych rękach towarzyszki Basi i towarzysza Karola. Klikajcie na linki co by poczytać o wyprawy szczegółach.

Moje fofo do obejrzenia na facebuku.

Uwaga – film też już jest!

Dziekuje za uwage.

Older Posts »