Update Nati: Rok najbardziej niespodziewanych wydarzeń, rok. To chyba tyle. Krótko.
11 lipca. Wtedy minie rok od kiedy zawitaliśmy w tym przeklętym acz cudownym kraju. I ciągle tu (o dziwo) jesteśmy.
Trochę statystyki.
Jacek: 2 miasta (Gurgaon i Bangalore), 7 mieszkań (u59 Gurgaon, A111Gurgaon, guest house firmy w Bangalore, Shanti w Bangalore, a126 w Gurgaonie, HexTax w Gurgaonie i wreszcie – chyba bardziej stale – u28/5 aka Kapoors Residence), 4 numery telefonu, 8 strzyżeń, 2500km na motorze, kilka(dziesiąt?) tysięcy kilometrów pociągiem, 18 wycieczek (w tym jedna zagraniczna z zaliczeniem 3 krajów), w sumie ponad 30 miast i miasteczek w Indiach zwiedzonych, 8 przelotów induskimi liniami lotniczymi, kilkanaście tysięcy zdjęć zrobionych, grubo ponad setka nowych znajomych ze wszystkich kontynentów (z wyjątkiem Antarktydy), ponad 100 postów na blogu ufff.
Nati: to be updated. Jak zwykle druga połówka bloga odwleka pisanie… Ale statystycznie nieco skromniej w ilości mieszkań i telefonów, reszta podobnie…
Posted in Uncategorized | Leave a Comment »
Osiadam w Delhi. Na dłużej.
Minął rok, a ja właśnie uzgodniłem z firmą warunki zostania. Już nie jako praktykant a jako pracownik, i jeszcze wciąż jakieś drobiazgi przeszkadzają, ale tak. Kolejne pół roku, a może rok spędzam w Indiach. Będzie trzeba przerwę zrobić we wrześniu i odwiedzić łojczyznę co by wizę właściwą załatwić, ale potem z powrotem do Gurgaonu.
I mając taką perspektywę, zacząłem się osiedlać. Oto dziesięć objawów indyjskiej małej stabilizacji w moim wykonaniu.
Pierwsze – to własne (jeszcze nie do końca, ale to złożona tranzakcja i nie będę zanudzać detalami na razie) dwa kółka. Royal Enfield Thunderbird, z podmienionym siedzeniem i wypasionym zbiornikiem paliwa, odziedziczony po miejscowej legendzie (hołd, Sir Boleslavos) wozi mnie dumnie po drogach, a że większy niż inne, srebrny (co kolorem jest nietypowym i dodatkowo optycznie powiększa) i jeszcze z białasem w siodle, budzi respekt gdziekolwiek się pojawię. Zauważyłem na przykład, że Indusi mniej na mnie trąbią i więcej miejsca zostawiają, niż innym motocyklistom.
Drugie – nowe mieszkanie. Wynajęte przez firmę (choć niestety czynszu nie płacą). Wprowadziłem(-iśmy) się do pustego (choć umeblowanego), więc etap kształtowania jego zasad i wizerunku przed nami. Będzie na obraz i podobieństwo. Nie bez znaczenia fakt, że pokój własny, a nie dzielony, czyli wreszcie – po zwiedzeniu 6 tymczasowych lokalizacji, gdzie zawsze czułem się gościem – będzie coś w rodzaju własnego kąta. I to nawet nie tak ciasnego.
Trzecie – moszcze się w Delhi. Trzecie wynika z pierwszego – wolność przemieszczania się nie znana w czasach rikszowo-taksówkowych doprowadziła mnie już do odkrycia pewnych ciekawych kawiarni, ruskiej restauracji, włoskiej knajpki serwującej polskie pierogi (!) i kilku innych jeszcze ciekawych miejsc w Delhi. A to dopiero początki re-odkrywania stolicy.
Czwarte – kultura fizyczna. Yoga trzy (a nawet więcej) razy w tygodniu, od tego weekendu wspinaczka, dość regularnie koszykówka. Jeszcze by się siłownia przydała i o sprawność fizyczną martwić się nie będzie trzeba. A to ważne, bo dotąd tryb życia zasiedziały…
Piąte – tripy, a raczej ich brak. Czuje, że zobaczyłem, co miałem zobaczyć. A więc planowane podróże bardziej będą insiderskie (np. odwiedziny znajomych) lub nastawione na “experience” (czyli wspinaczka i trekking) niż na zwiedzanie. I nieco rzadsze. W zamian – odkrywanie nieznanych smaków i glosów Delhi.
Szóste – ludzie. Czas nieco zmienić priorytety towarzyskie. Zamiast płynnej grupy praktykanckiej, staram się nieco mocniej zapleść koneksje z najciekawszymi personami które tu osiadły na stałe (lub po prostu stąd są).
Siódme – aktywność kulturalna. Czyli to co zwykłem robić we Wrocławiu. Brak mi tu kilku rzeczy więc… po prostu je zamierzam stworzyć. Ale na razie sza.
Ósme – język i kultura. Czas hindi ugryźć… No i po poznaniu Indii powierzchownie (podróżniczo, popkulturowo i codziennie), czas poznać je dogłębniej. Lista lektur gotowa, klasyki filmowe zgromadzone, czas na start. A przy okazji i inne języki dopracować – mieszkam z dwoma frankofonkami, więc może wreszcie się podszkoli francuski. No i z Amerykanką i Anglikiem na dokładkę, więc będzie odtrutka na hinglish pod ręką też.
Dziewiąte – blog. Powoli przesiadam się na nowego bloga, po angielsku, który już czeka za drzwiami. Charakter nieco się zmieni, choć nie dramatycznie. Link będzie w swoim czasie, po osiągnięciu przez blog masy krytycznej.
Dziesiąte – praca. Czyli, że pierwszy etat w życiu i to w Indiach? No cóż, to zobowiązuje
Planuję intensywne dokształcanie zawodowe również i błyskawiczną karierę
Tyle w kwestii wyjaśnienia.
Ps. Szykujcie świeżą muzykę i dobrą kawę we wrześniu na moją wizytę. No i moje urodziny wtedy są, więc party? Kto będzie? Kto mnie pooprowadza po odmienionym Wrocławiu? Kto mnie ugości w Warszawie (gdzie się trzeba będzie za formalnościami przytłuc…)
Posted in Myśli nieuczesane, Życie codzienne | Leave a Comment »
Oki oki. Zrobiliśmy. Okazało się prostsze niż się wydawało, (zwłaszcza dla Frenchiego) i ja w tej prostocie trwam. Paradoksalnie jeżdżenie w Delhi jest trudniejsze niż przekroczenie drugiej najwyższej przełęczy świata, co uczciłem wczoraj mikro wypadkiem na śliskiej pomonsoonowej nawierzchni. Uspokajam – cały i zdrowy i bez zadrapań.
Tym razem odpuściłem sobie oralną ekscytację tematem, pozostawiając sprawę we wprawnych rękach towarzyszki Basi i towarzysza Karola. Klikajcie na linki co by poczytać o wyprawy szczegółach.
Moje fofo do obejrzenia na facebuku.
Dziekuje za uwage.
Posted in Podróże | Tagged Himalaje, Ladakh, Leh, Manali, motory Royal Enfield | Leave a Comment »
Stało się. Kilka marszy kolorowych i lata petycji. Indie zalegalizowały homoseksualizm. Najwyższy Sąd w Delhi zniósł dzisiaj osławioną Sekcję 377, czyli pamiętający jeszcze czasy British Raj (pochądzący z 1861 roku) zapis który penalizuje wszelkie “akty przeciwko naturze”, w szczególności seks homoseksualny, pozwalając wymierzyć za nie kary finansowe a nawet do 10 lat więzienia. Dziś sąd najwyższy stwierdził, że przepis ten jest naruszeniem podstawowych praw człowieka.
Indie się zmieniają…
Posted in Społeczeństwo | Tagged gay rights, homoselksualizm, Indie, legalizacja, prawa człowieka, Section 377 | Leave a Comment »
Nagrodę złotych ust Himalayów otrzymuje: Aurelien!
Frenchie w obozie w Sarchu: Ta wycieczka jest strasznie prosta. Skoro taki niedoświadczony kierowca jak Jacek i ktoś tak kompletnie nieprzygotowany jak ja mogą to zrobić, to znaczy że jest z prosto. Brak mi tu prawdziwych emocji. (Frenchie nie wziął ani ubrań odpowiednich, ani części do motoru. Pojechał jak stał. Chojrak.)
Ja do Frenchiego (pardon, Aureliena): Świetnie jedziesz, ale chyba nie odważyłbym się tak jechać na tych serpentynach z pasażerką. (10 minut i 500m dalej Aurelien z Yasminą przeszurowali zgodnie asfalt na jednym zakręcie. Na szczęście skończyło się na obdrapaniach.
Frenchie (dwa dni później). No dobra, jednak nie jest taka prosta. (po wypadku, zmienianiu przez ponad 2h dętki na wysokosci 4km, prawie odmrożeniu palców, pierwszych objawach AMS i kilku innych pomniejszych przygodach)
To na razie tyle
Posted in Podróże | Tagged frenchie, Himalaye | Leave a Comment »
Ostatnia z obiecanych notek po podróży do Azji Południowo-Wschodniej. Oto co najbardziej utkwiło mi w pamięci.
Posted in Podróże, South East Asia Trip by h. | Tagged Angkor Wat, Bangkok, Chiang Mai, Kambodza, Laos, Mekong, Phnom Penh, Siem Reap, South East Asia, Tajlandia, wiza | 2 Comments »
Ok, czas najwyższy dokonac rozliczeń powyjazdowych.
Ostatnimi czasu blog milczał, bo mnie nie było. Miesiąc w azji południowo wschodniej, dziesięć dni w Himalayach, to wszystko nie sprzyja pisaniu. Ale sprzyja zbieraniu tematów
Zacznijmy więc uzupełniać.
Na początek, wracamy do Kambodży, gdzie poznacie dwie niezwykłe historie dwóch młodych mężczyzn. Tak podobne, a tak różne. Poznajcie Reda i Bhunt.
Posted in Podróże, South East Asia Trip by h. | Tagged Angkor Wat, Bhunt, Kambodza, Kopciuszek, Red, Siem Reap, Sihanoukville | Leave a Comment »
No tak, zanim ktokolwiek zacznie sie ze mnie wysmiewac, przyznaje – raz (na szczescie tylko) na tej wyprawie okazalem sie kompletnym kretynem.
Zanim jeszcze wyjechalem, koleg ktory byl w tych rejonach ostrzegl mnie, ze na jednej z granic nie ma wizy na wjezdzie. Nie wiem czemu, ale ubzduralo mi sie, ze to nie jest zadna z granic ktore planowalem przekroczyc. Pewne watpliwosci mialem co do granicy Laos-Kambodza, i to sprawdzilem dokladnie. Ale Tajlandia? Przeciez juz tam bylem, dali mi wize w 3 minuty na lotnisku, no a poza tym – to mialem przekroczyc najwieksze (Poipet) przejscie jakie tylko jest, wiec NA PEWNO nie chodzilo o to…Weryfikacje ograniczylem wiec do pytania w agencjhi turystycznej gdzie kupowalem bilet czy nie bedzie na granicy problemow z wiza i odpowiedz ze “nie”uznalem za calkowicie wystarczajaca. Wsiadlem wiec w äutobus”i ruszylem na Koh Chang (gdzie dzis przebywa N.). Dotarlem do granicy, przeszedlem wszystkie formalnosci i gdy juz wydawalo sie ze tylko trzeba przekroczyc bramke zadalem sluzbistce pytanie, ä gdzie dostane pieczatke z wiza?. Popatrzyla na mnie zdziwiona i powiedziala, ze.. w Phnom Penh, w ambasadzie. I ze na zadnym przejsciu z Kambodza nie ma wizy na wjezdzie. Wsiadlem wiec w taksowke za ktora oczywiscie slono przeplacilem (swoja droga maja chyba takich jak ja na peczki, bo widzac mnie wracajacego z plecakiem od razu pieciu kierowcow ustawilo sie pytajac “No Thai visa, Thai embassy Phom Penh sir? No bus today, tomorrow”, zeby jeszcze tego samego dnia byc w Phnom Penh i rano zlozyc podanie o wize, ktora zazwyczaj wydaja juz nastepnego dnia.
Na szczescie mialem w PP nocleg (god bless couch surfing!) i kilku zaznajomionych wczesniej podroznikow, wiec wieczor uplynal mile i bezproblemowo. Z ranca udalem sie do ambasady, wypelnilem papierki z absolutna pewnoscia siebie potwierdzona krotka wymiana zdan z pewnym brytyjczykiem stojacym za mna (Did he say Tuesday? – Well, maybe, but they don’t really speak English here, I’m sure he meant Thursday, tomorrow) zignorowalem stwierdzenie pana w okienku ze wize dostane we wtorek i poszedlem do kolejnego okienka zlozyc papiery. Napisanej czerwonymi literami kartki zignowowac sie juz nie dalo. “Wszystkie podania zlozone od srody do piatku zostana rozpatrzone do wtorku, w przyszlym tygodniu”. Termin odbioru – `15.00pm. Moj lot z Bangkoku – 13.30. Great.
Poprzeklinalem troche z innymi rownie zszkokowanymi aplikantami i poszedlem przebookowac bilet. Oczywiscie – nie poszlo jak z platka. Kiedy w koncu dodzwonilem sie do Make My Trip i wyjasnilem milej Pani co wlasciwie chce zrobic okazalo sie, ze moja indyjska karta, ktora uzywalem wczesniej juz dwa razy w transakcjach z tym biurem, nie dziala. O malo sie nie zalamalem, bo na polskiej karcie czystki a “pseudo-kredytowej”" z mBanku jeszcze mi sie w zyciu w transakcjach internetowych uzyc nie udalo. Czyli jestem ugotowany, pomyslalem, ale niedowierzajaco podyktowalem numery…
- Transakcja zakonczona pomyslnie.
- Nie wierze!
- Slucham??
- Nic, nie wazne. Dziekuje bardzo. czyli e-ticket dostane na maila?
- Tak. Jeszcze dzis.
Sroda, czwartek, piatek. karta obciazona a na mailu nic. Probuje dzwonic – rachunek 3 dolary za wysluchanie melodyjki. Nikt nie odbiera. Prosze Nati – nikt nie odbiera jej telefonu. W koncu w niedziele dodzwonila sie Kasia, powolujac sie na szefa gurgaonskiego oddzialu Make My Trip zrugala biuro obslugi i zalatwila bilet na mojej poczcie jeszcze tego samego dnia. Teraz pozostalo tylko wybrac sie do ambasady odebrac wize. Ja i setki murzynow, bo poza ktorka lista krajow z Europy Wschodniej na ktorej mielismy nieszczescie sie znalezc, tylko Afrykanczycy potrzebuja wizy do Tajlandii.
Odczekalem wiec swoje w kolejce i odebralem paszport. Nerwowo przekartkowalem strony prawie pewny ze z jakiegos idiotycznego powodu znajde pieczatke “Visa not granted”, ale na szczescie znalazlem wlasciwa. Moge jechac. I tylko rzut oka na date… 27 Maja. Tego samego dnia ktorego zaaplikowalem.
Jakie to szczescie, ze czas oczekiwania spedzilem tak milo jak spedzilem, bo wrocil bym z nozem…
(o czasie oczekiwania, kambodzanskich gejach, ladyboyach, khmerze adoptowanym przez Niemca i innym, ktory zbiera na Oxford dictionary zarabiajac 10$ miesiecznie w nastepnym odcinku…)
Posted in Uncategorized | Tagged Cambodia, Kambodza, Khmer, Phnom Penh, Poipet, Tajlandia, Thailand, Visa | Leave a Comment »
Znacie ten stary dowcip?
- Co jesz?
- Miesko.
- Skad masz?
- Samo przypelzlo.
Ano wlasnie. Dzis na obiad byly mrowki a na przekaske – grilowane chrzaszcze. Weza, krokodyla i tarantule na razie odpuscilem – za drogie.
Posted in Uncategorized | 1 Comment »




